To nie „histeria”, to awaria systemu

histeria

Czy to histeria? Są chwile, w których dzieci doświadczają tak silnych emocji, że wszystkie sposoby wspierania ich, zdają się nie przynosić efektu.
Doświadczają tego dzieci w różnym wieku. W każdym manifestuje się to nieco inaczej. Dzieci prezentują też różne nasilenie towarzyszących temu zachowań w zależności od swojej wrażliwości, od reaktywności, od sposobu wyrażania siebie. Niezależnie od wieku i od rodzaju ekspresji, kojarzy mi się to z blackoutem, awarią zasilania, przeciążeniem, wyłączeniem, resetem, odcięciem, przegrzaniem bezpieczników.

Awaria

Pisząc to, myślę o rocznej dziewczynce, która chce zjeść, koniecznie łyżką, koniecznie samodzielnie, koniecznie szybko. I której to nie wychodzi tak dobrze i tak sprawnie, jakby chciała, więc zaczyna płakać. Wtedy mama pomaga. Ciałko napina się, sztywnieje, kapią łzy, sinieją usta, kasza ląduje na podłodze. Chce jeść i nie chce jeść. Nie chce tu być. Nie chce wyjść. Nie jest gotowa zostać sama, ale nie jest też w stanie przyjąć pomocy. Generalnie, awaria.

Myślę o dwulatce, która w skrajnym zmęczeniu woła „Mama ić”, a zaraz potem leży na podłodze i uderza nogami w grzejnik, wołając “Mama oć!”. „Psytul!” a po sekundzie: „Nie rusaj”. Nie pamiętam, o co tej dwulatce szło. Ona już też nie pamięta. Po prostu jej źle, za dużo, za trudno, niekomfortowo do szpiku kości.

Myślę o czterolatku, którego silikonowy pająk stracił jedną nogę. Najpierw leją się łzy. Potem jest pisk. Potem żądanie by nogę przyczepić. Tata przyczepia. Ale widać, że przyczepiona, nie nadaje się. Jeszcze gorzej jest nawet. Absolutnie się ten pająk nie nadaje do zabawy. Wtedy rodzi się marzenie o nowym, ale już ciemna noc. Gardło piszczy, nogi kopią, łzy kapią, pięści uderzają.

Wspominam pięciolatka, z którym przyszło mi kiedyś żyć cały rok (aż stał się pełnym równowagi i emocjonalnej mocy sześciolatkiem). Myślę o sześciolatce, o siedmiolatku, o nastolatku.

Wersji tych sytuacji, które przynoszą rodzice jest wiele: czasem tłucze się szkło, jakiś kubek, co się okazał, nie tyle winien, co pod ręką. Czasem dochodzi napad astmy, kaszel aż do wymiotów. Rwanie włosów. Płacz nieukojony aż do zaśnięcia. A u starszych wizje końca życia. Końca miłości. Końca świata. Z powodu paczki cukierków, krzywego spojrzenia, ostatniej bajki, z powodu nogi pająka.

Nie tylko cierpiące dziecko

Patrząc na te sytuacje, widzę w nich dziecko, któremu jest trudno, cierpiące dziecko. A w parze z nim, często zagubionego rodzica, który także potrzebuje wsparcia, któremu może towarzyszyć bezradność, bo nic, co robi, nie pomaga.
Nie dziecko, które histeryzuje, które wymusza, manipuluje, terroryzuje, chce postawić na swoim. Ani rodzica, który sam jest sobie winien, bo rozpuścił, bo przyzwyczaił, bo pewnie kiedyś się ugiął, to teraz ma efekty. Nie rodzica, który jest niekompetentny i doprowadził dziecko do takiego stanu.
Przypuszczam, że czytając powyższe sytuacje, przychodziły Wam do głowy podobne. Zachęcam Was do tego, by spróbować w ten sposób na nie tak spojrzeć:
na dziecko, jako na kogoś, komu jest skrajnie trudno.
na siebie, jako na rodzica, który w tej sytuacji także potrzebuje troski i łagodności.

Co doprowadza dzieci do takiego stanu?

Obstawiam, że zgrana para: rozwój i życie. Pisząc o rozwoju, mam na myśli stopień rozwoju układu nerwowego, który nie pozwala jeszcze na to, by poradzić sobie z frustracją w mniej ekscentryczny sposób. Rozwój wymaga czasu (dojrzewanie struktur mózgowych to długi proces) i doświadczeń (czyli życia). Te doświadczenia wiążą się z frustracją. Lubię myśleć o nich, jako o sytuacjach, w których dzieci czegoś się uczą, coś trenują. A także, jako o okazjach do tego, by dać dzieciom nowe narzędzia radzenia sobie z silnymi emocjami. Wtedy można nabrać nadziei, że cały ten trud towarzyszenia ma sens, chociaż tu i teraz nie widać efektów. Bo takie towarzyszenie dziecku, które przeżywa ogrom frustracji jest przecież niezwykle trudne.

Jak sobie radzić?

Trzeba sobie poradzić z bezsilnością, która może obudzić w rodzicu poczucie winy („co ze mnie za matka, skoro nie umiem jej pomóc?”), a stąd już tylko krok do tego, by przestać zajmować się dzieckiem, a zacząć zajmować się sobą.
Trzeba stawić czoła przekonaniom na temat dziecka, które być może mamy gdzieś z tyłu głowy: że jego zachowanie to brak szacunku, że to, co robi, robi przeciwko mnie, że ma mogłoby nie kopać, ale kopie, na złość albo dla uzyskania jakiejś korzyści, że to walka o władzę.

Jeśli pójdę na głosem, że muszę szybko coś na to zaradzić albo wejdę w myśli o manipulacji i walce, będę stawiać sobie za cel to, by to trudne zachowanie i emocje dziecka natychmiast wytłumić. Wtedy dołożę jeszcze do tej sytuacji stresu i napięcia.

Jeśli zaufam w dobre intencje dziecka, a frustrację wezmę za naturalną część życia i rozwoju, otworzy się przestrzeń na niesienie wsparcia.

Co można zrobić, gdy dziecko przeżywa bardzo silne emocje?

Zapewnić mu bezpieczeństwo

  • Fizyczne i emocjonalne, np. przygotować otoczenie, zabrać to, co może się zniszczyć lub potłuc, zabrać dziecko w bezpieczne miejsce. Pisząc o bezpieczeństwie emocjonalnym, mam na myśli dawanie swoją postawą znać, że wciąż jest bezpiecznie. Chodzi mi o komunikat, który płynie z naszego ciała: „Widzę, jak Ci trudno, widzę, że kopiesz/czuję twoją siłę/twoją rozpacz. A równocześnie: „tu wciąż jest bezpiecznie, ludzie czasem mają tak trudno, to się czasem zdarza”. Warto sobie samemu powtarzać, że to jest wciąż ten mały chłopczyk/mała dziewczynka, która potrzebuje pomocy, bo łatwo nam wejść w tę perspektywę walki czy poczucie zagrożenia, które nie jest adekwatne do tego co się dzieje (kopiący i czołgający się po podłodze trzylatek nie zagraża naszemu życiu ani zdrowiu ;) ). Jeśli wyrównamy własny oddech i zachowamy równowagę, dziecko będzie miało szansę na niej się oprzeć i zacząć z nią rezonować.

Po prostu bądź

  • Nasza pomoc może polegać na przyjęciu nastawienia: „Jestem tu dla ciebie”/ „Jestem tu, aby ci pomóc’. Zdarza się, że dzieci tę pomoc odrzucają, nie chcą naszej bliskości, nie potrafią skorzystać ze wsparcia. Myślę, że dzieje się tak tym bardziej, im bardziej dzieci wyczuwają, że intencją naszego działania jest to, by one przestały się tak zachowywać i czuć to, co czują. Nawet, gdy dziecko mówi, że nie chce obecności rodzica, jego fizycznej bliskości, przytulenia, rozmowy, możemy zapewnić je o swojej otwartości i dyspozycyjności. I czuwać w pobliżu, w gotowości do okazania wsparcia, wtedy gdy dziecko będzie już gotowe je przyjąć.
  • Przy wspieraniu dziecka, które przeżywa skrajnie silne emocje nie potrzeba wielu słów. Wyjaśnienia, logiczne argumenty, odwoływanie się do racjonalnej części mózgu niewiele pomagają. To jest też taki stan, w którym dziecku bardzo trudno dostrzec perspektywę drugiej osoby – tak mocno jest zakotwiczone we własnej. Gdy dużo mówimy dokładamy jeszcze dziecku stresujących bodźców. Najważniejsze jest towarzyszenie, niewarunkowanie akceptacji (z rodzaju „porozmawiamy, jak się uspokoisz”), szacunek i akceptacja dla dziecięcych emocji.
  • Gdy chcemy coś mówić, możemy powiedzieć
    „Widzę, jakie to trudne”
    „To chyba dla ciebie bardzo dużo…”
    „Jestem”
    „Będę tu tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebować”
  • Kluczowe w towarzyszeniu dziecku, któremu jest bardzo trudno jest to, jak rodzic radzi sobie sam ze sobą, jak widzi tę sytuację, jak ją odbiera i interpretuje. Niewiele można zrobić, by dziecku pomóc, poza staraniem, by samemu poradzić sobie z tym stresem i nie zarazić się emocjami dziecka. Pomocne może być pamiętanie o tym, że to, co się dzieje z dzieckiem jest o nim, nie o nas. Dziecko woła o sobie, o swoim trudzie, swojej frustracji, rozczarowaniu, przemęczeniu, dyskomforcie, żalu, smutku, złości. Nawet jeśli woła: „jesteś głupia!” – woła o sobie, o tym, jak bardzo trudno mu przejść przez to, co jest teraz jego udziałem.

A co z odwracaniem uwagi?

Jest taki pomysł, by odwracać wtedy dziecięcą uwagę od tego, co trudne. Bajką, gilgotkami, słodką bułką. To się udaje raczej przy młodszych dzieciach, a przy starszych już nie. Może być więc tak, że sposób „na odwracanie uwagi” utracimy dość szybko, w miarę rozwoju dziecka i zostaniemy bez narzędzia, a dziecko bez doświadczeń spotkania ze swoimi emocjami. Zarezerwowałabym odwracanie uwagi jako taki sposób, który może być pomocny, gdy czujemy, że absolutnie nie mamy teraz zasobów, warunków, możliwości by inaczej, bardziej adekwatnie wesprzeć dziecko. We wszystkich innych warto dać dziecku szansę spotkania ze sobą w tym, co przeżywa i bycia z tym przyjętym. Żeby wiedziało, że odwrócenie wzroku od trudności, zatopienie się w bajce, udawanie, że nic się nie dzieje nie jest jedynym sposobem na radzenie sobie z wewnętrznymi przeżyciami.


Pozostańmy w kontakcie!
Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.
Twoje imię:
Adres e-mail: