Co oznacza „Nudzi mi się”?

„Nudzi mi się” płynące z ust dziecka, to komunikat, który często zasiewa w rodzicach dyskomfort. Bywa, że cisną nam się na usta różne niewspierające odpowiedzi, zaczynając od: „A wiesz, jak ja bym się chciała ponudzić?”, przez „Tyle masz zabawek, nic Cię nie interesuje?”, po: „Świetnie, mówią, że to bardzo rozwojowe i że dzieci muszą się czasem ponudzić”. Żeby sformułować bardziej wspierającą odpowiedź na dziecięcą nudę, warto najpierw przyjrzeć się, co się za nią kryje.

Za nudą zwykle stoi napięcie. Ludzie często używają słów: „nudzi mi się” na określenie napięcia i dyskomfortu, którego źródła jeszcze nie zidentyfikowali. Najcenniejszym, co możemy dać dziecku w tym obszarze, jest umiejętność obsługi nudy, poprzez uważność, kontakt ze sobą, z własnymi potrzebami, z sygnałami płynącymi z ciała. Mam na myśli to, by uczyć się wraz z dzieckiem rozsupływać ten kłębek, który stoi za „nudzi mi się”:

  • „Mmm, słyszę, że to chyba nieprzyjemne?”, 
  • „A jak mówisz nudzi mi się, to co dokładnie masz na myśli?”, 
  • „Czy to jest miłe?”, 
  • „A co jest dla Ciebie przeciwieństwem nudy?”.

Często „nudzi mi się” jest próbą nawiązania kontaktu z dorosłym, by pomógł dziecku poradzić sobie z tym napięciem. Dzieci potrzebują być w polu uwagi dorosłego. Im mniejsze, tym potrzebują tego więcej. To dla nich gwarancja poczucia bezpieczeństwa. Nuda może być dla dziecka sygnałem, żeby wrócić do kontaktu i do relacji – to dlatego tak często nudzą się, gdy rozmawiamy przez telefon, gdy pracujemy, gdy jesteśmy pochłonięci jakimś zadaniem i gdy bardzo pasowałoby nam, by czymś się zajęły. To dlatego odsyłanie do zabawek, proponowanie aktywności lub podkreślanie rozwojowego wpływu nudy, nie pomaga. Wspierająca może być sama obecność albo zrobienie czegoś wspólnie. Niekoniecznie chodzi o szukanie dziecku zajęcia. Rodzice często doświadczają tego, że dzieci w takim znudzeniu i rozdrażnieniu odrzucają wszystkie propozycje. Nie trzeba od razu zaklejać nudy jakąś propozycją. Można przystanąć na etapie kontaktu i bliskości i poczekać aż propozycja konkretnego działania sama się wyłoni. 

Jest też pewien rodzaj nudy, którą nazwałabym „nudą edukacyjną”. Chodzi o sytuację, w której dziecko mówi że dany materiały, zadanie, lekcja jest nudna. Bardzo często przyczyną jest to, że poziom trudności jest niedostosowany do możliwości dziecka, czyli zadanie jest za trudne lub zbyt łatwe. Dzieci nudzą się też wtedy, gdy mają być spokojne, ciche i bierne, czyli podczas podawczych form nauczania. Wtedy tę nudę warto zinterpretować jako komunikat: „nie służy mi to”, „nie wspiera mnie to”, „moje ciało daje mi znać, że potrzebuję czegoś innego”. Nuda może wtedy oznaczać napięcie, które wiąże się z jakąś ważną potrzebą, która domaga się uwagi, np.: potrzebą ruchu, poczucia sensu, wspólnoty, wpływu na swoje życie, eksploracji.

Czy nuda rzeczywiście jest taka pożyteczna?

Co jest więc pożytecznego w nudzeniu się? Możliwość spotkania się ze sobą, poznawania siebie i identyfikowania napięcia. Nuda daje szansę na proszenie o pomoc i korzystanie z regulacyjnej mocy relacji. Z tego z kolei rodzi się zaangażowanie w czynności służące rozwojowi i będące odpowiedzią na aktualne potrzeby. Aby to mogło się zadziać, dzieci potrzebują rzeczywiście okazji, a więc potrzebują czasu, który będzie czasem niezorganizowanym, niepodporządkowanym żadnym celom. Często jednak sama okazja nie wystarcza  – potrzebują  też naszej obecności i towarzyszenia. Nuda niezaopiekowana i osamotniona wcale niekoniecznie wspiera w rozwoju. W odróżnieniu od tej zaopiekowanej, może ona prowadzić do odcinania się i do rozwijania strategii na to, by nie czuć tego, co nieprzyjemne.

„Mamoza” a przywiązanie

Koronawirusowe refleksje – #1
Dziś będzie o mamozie.

U nas czas poświąteczny przyniósł nowe rozwiązania. Zamiast kryć się z pracą za łóżkiem, albo zamykać w kabinie prysznicowej, wychodzę do biura. Mam szczęście mieć możliwość pracy w biurze w bloku obok i to niesamowicie nam pomaga.

I zauważyłam taką rzecz, o której chciałam Wam napisać. Jak byłam w domu właściwie bez przerwy, mimo że tyleż samo był w domu mój mąż, byłam zawsze tym preferowanym opiekunem do załatwiania wszelkich spraw trzylatki. Weszła na stół i potrzebowała pomocy, pobrudziła rączki, była głodna, znudzona, spragniona kontaktu? Mama. Tata – okej, jak sam zaproponował i o ile to nie była sprawa wymagająca ukojenia. Chodzi o to, że nie przychodził dziecku do głowy pomysł, by sięgnąć po wsparcie taty. Wystarczyły trzy dni, podczas których wychodzę na kilka godzin i znowu okazuje się, że zarówno mama, jak i tata są znowu domyślnymi kontaktami. Tata też może zdjąć ze stołu i podmuchać, jak boli.

Tę preferencję nazywa się czasem „mamozą”. I chciałam Wam wyjaśnić, skąd ona się bierze i o co w niej chodzi. 

System przywiązania działa tak, że dzieci potrzebują dla swojego bezpieczeństwa wybrać wiodącego opiekuna. Nawet wtedy, gdy oboje rodzice są zaangażowani w życie dziecka, oboje spędzają z nim czas i są wrażliwi na jego potrzeby, a więc nawet wtedy, gdy dziecko ma dwoje równorzędnych opiekunów. Bardzo rzadko, zdarza się i tak, że w tej hierarchii przywiązania nie wyłoni się opiekun wiodący. Najczęściej jednak, na najbardziej podstawowym poziomie, zapewniającym przetrwanie – jeden z nich jest domyślnym kontaktem. To jest zwykle ta osoba, z którą mają więcej doświadczeń bycia zaopiekowanym. To przydaje się do tego, by w sytuacji zagrożenia nie tracić czasu na podejmowanie decyzji, do kogo zwrócić się o pomoc, ale o te ułamki sekundy wcześniej po nią sięgnąć. To dlatego setki razy słyszymy: ‘Mamoo!’, nawet gdy tata jest tuż obok krzyczącego dziecka. To może i bywa uciążliwe, ale stoi za tym pierwotna mądrość. 

Czasem w ciągu rozwoju dzieci przełączają się na drugiego rodzica – często dzieje się tak, np. gdy mama urodzi drugie dziecko. Wtedy dziecko wybiera tego rodzica, który jest bardziej dostępny – i często słyszę od rodziców, że liczy się tylko tata, albo tylko babcia. Ważne, by starać się w tych sytuacjach widzieć mądrość dzieci i strategię, która pomaga im jak najlepiej o siebie zadbać, zamiast czytać to jako informację o sobie albo o własnej relacji z dzieckiem.

Lubię też patrzeć na to z perspektywy szansy, a nie z perspektywy straty. Szansy na zbudowanie, wzmocnienie, pielęgnowanie drugiej ważnej relacji w życiu dziecka. To zawsze zysk, gdy dziecko ma tych relacji więcej niż jedną.

Co pomaga na mamozę?

  • Podążanie za wyborami dziecka, wtedy gdy ono je bardzo wyraźnie komunikuje. Czyli, gdy dziecko mówi, że tylko mama może umyć, bo inaczej będzie koniec świata, to może nie jest najlepszy moment na to, by się upierać, że umyje tata. Forsowanie opcji ‘tata’ będzie w tej sytuacji raczej dodawać dodatkowego napięcia niż wspierać.
  • Bycie proaktywnym – zapewnianie dziecku doświadczeń z drugim rodzicem. Często jest tak, że najlepiej sprawdza się taki czas, w którym dziecko jest z tym opiekunem sam na sam. Innymi słowy, rodzice często mówią, że nie da się tego zrobić tak długo, jak długo mama nie zniknie z pola widzenia i przestanie być jedną z opcji do wyboru. Chwilowo, w związku z #zostanwdomu jest to utrudnione, ale zaraz otworzą parki i lasy. 
  • Rozprawienie się w swojej głowie z przekonaniami o swojej niezastąpioności – być może drugi rodzic zrobi to inaczej niż zrobilibyśmy my, po swojemu. Nie musi tego robić zgodnie z naszymi instrukcjami, on też jest rodzicem i może mieć na to swój sposób i swój pomysł. Wiem, jakie trudne bywa to odpuszczanie kontroli. Wspierająca jest myśl, że wychodząc, nie tylko dbamy o siebie, ale zapewniamy drugiemu rodzicowi (i dziecku) szansę, możliwość, by budował i wzmacniał relację z dzieckiem.
  • Poczekać. Zwykle najsilniejsze preferencje wykazują małe dzieci. Starszym wystarcza zazwyczaj dostępność i uważność tego, który odpowie na ich potrzebę.

Jeśli nie kary, to co?

Po cyklu facebookowych wpisów o wychowaniu bez nagród i kar, dostaję od Was wiadomości, za które jestem bardzo wdzięczna. Gdyby scalić je w jedną, mogłaby brzmieć tak:

„Mam jasność, że nie chcę stosować kar ani wprost, ani pod przykrywką konsekwencji. Mam jednak wątpliwości odnośnie tego, co robić zamiast tego. Jak reagować? Na czym takie wychowanie polega?”

Stąd pomysł na ten tekst, by dać więcej informacji o tym, na czym takie rodzicielstwo polega. Chciałabym wyjść od tego, że brak nagród i kar nie jest celem samym w sobie. To tylko środek, to tylko pewna perspektywa, którą chcemy pokazać, jako wspierającą. Myślę, że warto mieć to na uwadze i nie fiksować się na tej bezkarności, na ciągłym nerwowym zastanawianiu się, czy to co robię to już kara, czy jeszcze nie, by nie zawieszać się w poczuciu winy, że zdarza się nam zareagować nie tak, jak byśmy chcieli. Wszystkim się zdarza. W takim koncentrowaniu się na metodzie można stracić z oczu zarówno dziecko, jak i własne potrzeby.

Czytaj dalej Jeśli nie kary, to co?

Webinarowa zima – zapraszam!

Zapraszam do programu Webinarowa zima

Zapraszam do udziału w programie Webinarowa Zima, w ramach którego uzyskujecie dostęp do całej biblioteki moich webinariów oraz zaproszenie do udziału w siedmiu spotkaniach na żywo (możliwe także odsłuchanie nagrania).

Dostęp do archiwum:

  • 24 webinaria
  • 2105 minut nagrań (35 godzin)
  • wersje wideo oraz wersje mp3

Dodatkowe zimowe webinaria na żywo dotyczyły będą emocji. 

Przeczytaj więcej o programie: https://gosiastanczyk.pl/zima/

10 rzeczy, które dzieci robią w czasie ekranowym

Często spotykam się z przekonaniem dorosłych, że dzieci tracą czas nad ekranami, że czas przed komputerem lub z głową pochyloną nad telefonem czy tabletem jest czasem, w którym nie robią nic wartościowego. Ot tak, przetracają kolejne kwadranse, dodatkowo sobie tym szkodząc. Nie daję temu wiary. Chcę opisać 10 rzeczy, które dzieją się, kiedy dzieci korzystają z multimediów. Nie po to, żeby do nich zachęcać, ale by pokazać perspektywę, którą czasem trudno dostrzec. Mówiąc o czasie ekranowym, mam na myśli: komputer, tablet, laptop, telewizor, konsola. Telewizję mniej, bo ona, w odróżnieniu od innych urządzeń, sprawia, że jesteśmy pasywni, nie aktywni.

To nie będzie tekst o tym, ile czasu przed ekranem jest OK, a ile nie jest OK. Ani o tym jak zrobić, by dziecko korzystało z technologii tyle, ile uważamy, że powinno, a ograniczenia przyjęło z wdzięcznością ;) Nie uważam, by była na to jakaś recepta, albo wzór. Ilość i jakość czasu ekranowego to według mnie indywidualna kwestia: tego konkretnego dziecka, tego konkretnego rodzica, tej konkretnej rodziny. Wspieram czasem w tej kwestii rodziców i wiem, jak długi bywa proces dochodzenia do takich ustaleń. Bywa, że nawet dwoje rodziców prezentuje dwa odmienne stanowiska.

W wypracowaniu takich ustaleń pomocne może być pochylenie się nad tym, co te dzieci właściwie tam robią, czego doświadczają, o co dbają, czego się uczą.

Co dzieci robią w czasie ekranowym?

1. Realizują potrzebę autonomii, sprawstwa, wpływu na swoje życie

Dzieci, które 6 czy 8 godzin dziennie współdziałają z dorosłymi, dostosowując się do zaplanowanych w szkole aktywności i odpowiadając na ich oczekiwania, potrzebują czasu, w którym będą mogły same podjąć decyzję, czym się zajmują. Najcenniej byłoby, gdyby tego wpływu mogły doświadczać przez cały czas, również, a może przede wszystkim, w procesie edukacji. Zazwyczaj jednak tak nie jest. Korzystanie z technologii często staje się więc przyczółkiem autonomii.

Autor książki „Wolne dzieci” Peter Gray pisze, że technologia, to co dzieci robią w tablecie, w komputerze czy w sieci to jedyna przestrzeń, której nie dorośli dzieciom ściśle nie poukładali, w której nie wprowadzili swoich zasad, nie interweniują na każdym kroku i nie formułują wobec dziecka oczekiwań. 

Gdy więc rodzice nie wiedzą, dlaczego dziecku tak zależy, dlaczego o ten czas ekranowy toczy się ciągła walka, to pierwsze, co można sprawdzić, to czy nie chodzi o autonomię, o sprawstwo. Jeśli chodzi o autonomię, to dzieciom pomaga, gdy mogą zdecydować kiedy i jak będą ten swój czas realizować, żeby to nie było warunkowane tym, czy odrobiły lekcje, żeby to nie było w nagrodę, by tego nie zabierać za karę. Pomaga im włączenie ich w proces decyzyjny, wyjście z pozycji władzy w kierunku zaciekawienia i współpracy. Można też poprzyglądać się temu, ile autonomii i wpływu dzieci mają w innych obszarach.

2. Dzieci grając w gry poznają zasady, które rządzą nowymi światami i systemami

Zgłębiają tę wiedzę, często korzystając z wielu źródeł: samouczka, filmów, tutoriali, poradników i informacji czerpanych od innych użytkowników. Uczą się w ten sposób budować strukturę wiedzy na temat zupełnie nowej dziedziny. W związku z tym, że są zmotywowane wewnętrznie, wdrażają się szybko i skutecznie. Ja widzę w tym sposób na naukę uczenia się i ćwiczenie się w rozwiązywaniu napotkanych problemów. Zachwyca mnie ta biegłość, którą dzieci zyskują po kilka godzinach korzystania z nowego urządzenia albo programu.

3. Pozostając przy uczeniu się: dla wielu dzieci jest to skuteczny sposób nauki języka obcego

Doświadczenie skorzystania z umiejętności językowych zwiększa motywację do nauki języka (‘Wow, język się przydaje!’). Gry, filmy, gra po sieci pozwala na zanurzenie w innym języku. I stwarza taką naturalną sytuację, w której dzieci, by osiągać swoje cele, potrzebują rozumieć. Dzieci chętnie uczą się języka, gdy nikt ich nie sprawdza, gdy nikt ich nie ocenia. Znam niejednego tłumacza, specjalistę od języka angielskiego, który twierdzi, że nauczył się ogromnie dużo z gier i filmów i że stąd przyszła pasja.

4. Ćwiczą się w dążeniu do mistrzostwa

Podejmują wyzwania i mierzą się tylko z samymi sobą. Jeśli partnerem jest komputer /bot/ elektroniczny przeciwnik, dużo łatwiej jest dzieciom z jednej strony podjąć ryzyko, a z drugiej nie zrezygnować po pierwszym czy drugim niepowodzeniu. Często słyszę historie o podatności na frustrację, która dotyczy próbowania czegoś nowego, ścigania się z kolegami/bratem, robienia różnych rzeczy zgodnie ze swoimi wyśrubowanymi oczekiwaniami. Gdy szukamy wyjątków często udaje się znaleźć właśnie takie, które związane są z aktywnościami przy komputerze czy telefonie. Patrzyliście tak kiedyś na to? To ponawianie, niekiedy po raz setny, próby rozwiązania jakiegoś problemu lub osiągnięcia lepszego rezultatu rozwija wytrwałość.

5. Doświadczają wspólnoty

Bezpośrednio: grając razem, z kolegami lub rodzeństwem, ramię w ramię, albo grając po sieci. 

Technologię często zaciera różnicę wieku. Często słyszę, że bycie razem nad tabletem, granie po sieci, albo na zmianę, pozwala rodzeństwom, którym trudno inaczej znaleźć porozumienie, spędzać razem czas z satysfakcją.

Istotne jest tu też znaczenie społeczne: zorientowanie w świecie technologii i trendów może też być jednym z czynników, które decydują o przynależności. Ta motywacja nasila się szczególnie w wieku nastoletnim gdy przynależność do grupy wysuwa się w dążeniach dzieci na pierwszy plan – to może wyjaśniać chęć bycia na bieżącą i zainteresowanie tym, co jest na topie.

6. Negocjują, budują zasady współdziałania, radzą sobie z problemami interpersonalnymi, rozwijają kompetencje społeczne

Kiedy słucham dzieci, grających w sieci, mam często skojarzenie z tym, co dla mojego pokolenia działo się na podwórku. Ktoś jest liderem, ktoś strzeże zasad, ktoś inny próbuje je naruszać, ktoś zostaje wykluczony, ale wtedy brat staje w jego obronie. To jest dla mnie fascynujące. Słyszę, jak dzieci uczą się sobie radzić w świecie relacji, ale też jak dają sobie wzajemnie wsparcie, snują plany, starają się innych do swojej wizji przekonać. I teraz można powiedzieć: „Co za masakra, że to się nie dzieje osobiście, tylko w sieci”, Wiem, że bywa różnie, ale w dużych miastach dzieci często teraz nie mają warunków, by robić to osobiście. U mnie na osiedlu nie ma takiego podwórka. Widzę, że w starszych osiedlach, to często nadal działa i hula, ale nowe budownictwo nie przewiduje takiej funkcjonalności, jak przestrzeń do spędzania czasu dla dzieci. Peter Gray pisze też: sami je wpychamy w te technologie, bo boimy się o nich i lubimy wiedzieć, gdzie są i mieć to pod kontrolą. Dzieci znajdą sobie to pole do eksplorowania relacji, jak nie na trzepaku, to na serwerze.

7. Relaksują się

Nie każdy czas w ciągu dnia czy tygodnia musi być czasem produktywnym. Bywa, że czas spędzony przy ekranie służy po prostu odpoczynkowi, może być też tak, że służy odcięciu od bodźców społecznych, resetowi, regulacji. Rodzice czasem pytają zaniepokojeni: ojej, skoro moje dziecko reguluje się przy You Tubie to może to droga do uzależnienia? Może lepiej zabronić? Byłabym za tym, żeby nie odbierać dziecku strategii, ale dostarczać mu nowych, sprawdzać, co się kryje za słowami: “jeszcze jedną bajkę” i na ten komunikat pod spodem starać się odpowiadać, szukać źródeł napięcia i w tych obszarach działać. Czyli działać jakby dookoła, a nie w kontrze. Dorośli też często bezmyślne scrollowanie facebooka traktują jako jedną ze strategii regulacyjnych – ważne by nie była to jedyna, by dziecko dysponowało też strategiami relacyjnymi, czyli: by mogło poprosić nas o wsparcie, pokazać swoje emocje i zostać przyjętym, by miało doświadczenie spędzania wspólnego czasu, który daje satysfakcję.

8. Poszukują informacji

Przeszukują zasoby. Uczą się odróżniać sprawdzone informacje od fake newsów. Do tego potrzebne jest doświadczenie. Nie da się komuś po prostu o tym opowiedzieć. Nie do przecenienia jest bycie na bieżąco i towarzyszenie dziecku w tym świecie, pokazywanie, że tylko niektóre informacje pochodzą z zaufanych źródeł, pokazywanie krytycznego podejścia do informacji, nauka jak je weryfikować. 

9. Ćwiczą się w używaniu i oswajaniu narzędzi, które z dużym prawdopodobieństwem będą ich narzędziem pracy i organizacji codziennego życia

Kontakt z technologiami jest dziedziną, w której nabywanie sprawności ma sens. Trochę mnie bawi, a trochę zachwyca, gdy słyszę z ust nastolatka: Hey Google, nastaw budzik na siódmą. Albo gdy patrzę, jak dziewięciolatek odpakowuje nowy sprzęt, wpisuje w moim telefonie jego model i wyświetla tutorial, który pozwala mu, krok po kroku, właściwie go podłączyć i skonfigurować. Ja powiedziałabym, że nie umiem i czekam na mężą. Korzystanie z tych urządzeń bez dwóch zdań, służy nabywaniu biegłości.

10. Są aktywne, stają się twórcami

W internecie łatwo stać się twórcą: budować jakieś treści, przetwarzać je, tworzyć. Tym bardziej, kiedy śledzi się twórczość innych, podobnych sobie osób, które tworzą i dostarczają wartościowych treści. 

Ciekawa jestem, co robią w czasie ekranowym Wasze dzieci. Może da się uzupełnić tę listę?

„Zagubieni w szkole” jak pomóc dzieciom z trudnościami

Wydawnictwo Mamania wydało drugą książkę Rossa Greena. To książka adresowana do pedagogów, nauczycieli, osób pracujących w szkołach. Ten tekst piszę jednak nie tylko dla specjalistów pracujących w szkołach, ale i dla rodziców i wszystkich, których kwestie edukacji interesują.

Pracując z rodzicami i z nauczycielami spotykam się często z tym, jak trudno o zaufanie i dialog w szkole. Taki dialog, w który wchodzimy autentycznie, w którym dochodzi do spotkania dwóch osób. Czasem spotykają się w szkole nie ludzie, a role. Każdy swoją odgrywa z zapałem, ale do spotkania dwojga ludzi, z ich intencjami, emocjami, doświadczeniami i przemyśleniami, nie dochodzi.

Jeśli chcecie poznać perspektywę, która sprzyja takiemu dialogowi, warto sięgnąć po książkę Greena. Zachwyca mnie to, w jaki sposób autor, analizując sytuację, ze zrozumieniem, uważnością i zatroskaniem podchodzi do wszystkich zaangażowanych osób: do dzieci, do nauczycieli i rodziców.

Książka, zawiera aktualną wiedzę na temat tego, co jest przyczyną tego, że dzieci zaczynają sprawiać trudności.

Serce bije mi szybciej, gdy czytam:

„Nasze przekonania na temat trudnych dzieci – że nami manipulują, domagają się uwagi, wymuszają, brakuje im motywacji, sprawdzają granice oraz że te cechy wywołało pasywne, permisywne, niekonsekwentne, pozbawione wymagań rodzicielstwo – w większości przypadków są zupełnie nietrafione.” 

A skoro są nietrafione, to te działania, które podejmujemy w odpowiedzi na takie założenia są nieskuteczne. Autor zauważa, że najczęstszym pomysłem na to, co zrobić gdy dziecko sprawia trudności jest zastosowanie konsekwencji. To praktyka i w naszych polskich szkołach. Na tym przecież opierają się szkolne systemy oceny zachowania: wypunktować, postraszyć, obniżyć, odjąć, zabrać. Problem w tym, że to zupełnie nie działa na większość dzieci sprawiających trudności. Takie konsekwencje nie mogą działać, bo nie mają nic wspólnego z przyczyną zachowań dziecka. Nie pomagają więc im się inaczej zachowywać.

Greene w swojej książce pokazuje, że dzieciom z trudnościami w zachowaniu nie brakuje motywacji, ale ważnych umiejętności, z obszaru:

  • regulacji emocji
  • przewidywania skutków swoich działań
  • rozumienia i uwzględniania perspektywy drugiej osoby
  • elastyczności, czyli dostosowywania się do zmiany planów
  • komunikowania swoich emocji i potrzeb.

Greene mówi, że to, co warto zrobić to:

  •  zidentyfikować te umiejętności, których dzieciom brakuje, 
  • określić, w jakich sytuacjach dzieci przejawiają trudne zachowania
  • oraz dostosować otoczenie, by stworzyć dzieciom warunki, w których będą mogły te umiejętności zdobyć i w konsekwencji sprawiać mniej trudności.

O tym jest ta książka. To znacznie dłuższy proces, niż wpisanie uwagi do dzienniczka albo obniżenie oceny z zachowania, ale mam poczucie, że dopiero to może być skuteczne. Greene rozwija poszczególne punkty tego planu, krok po kroku, obrazując je również szkolnymi historiami, które ukazuje z różnych perspektyw: rodzica, dziecka i nauczyciela. 

Bardzo się cieszę, że taka książka pojawiła się na polskim rynku. Myślę, że może być realnym wsparciem dla nauczycieli, którzy w obliczu kłopotliwych zachowań dzieci czują się bezradni, którym trudności w relacji z uczniami często przywodzą na myśl porzucenie zawodu.

Typowy dwulatek

Moment, gdy dziecko staje się „dwulatkiem”, jest dla rodziców często dużym wyzwaniem. Szczególnie, jeśli typowych dla tego okresu zmian w zachowaniu dziecka doświadczają po raz pierwszy. Przy kolejnym dziecku łatwiej o szerszą perspektywę, w której widać, że to jedynie etap, który minie. I aby minął wystarczy poczekać. 

Czytaj dalej Typowy dwulatek

Myśli, które wiodą ku złości

To, czy się zezłościsz, zależy w dużej mierze od tego, co sobie pomyślisz. Nie od sytuacji, okoliczności, czy od faktów, ale od Twojej interpretacji tego, co się dzieje. Nie od tego, co Twoje dziecko robi, ale od znaczenia, jakie temu przypiszesz.
Świadomość tego pomaga nam odzyskać wpływ na sytuację, niezależnie od tego, co się dzieje.

Wyobraź sobie, że Twoje kilkuletnie dziecko, w rezultacie odmowy zakupienia nowej zabawki woła: „jesteś głupi/głupia!”, kopiąc Cię przy tym w kostkę. Na dodatek robi to publicznie, w sklepie, gdzieś w przestrzeni pomiędzy regałami a kasami.

Jeśli pomyślisz:
„Chce mną rządzić”
„Taki mały, a już tyran”
„Nie szanuje mnie”
„Co ze mnie za matka, skoro moje dziecko tak mnie traktuje”
„Tak być nie może, zachowuje się skandalicznie”
„Jeśli nie zareaguję wystarczająco mocno, będzie tak robił zawsze”
„Zaraz nie wytrzymam, po prostu oszaleję, tego nie da się znieść”
„Co ci ludzie o mnie myślą?”

jest prawie pewne, że wpadniesz w złość.

Jeśli pomyślisz:
„Oho, komuś tu przepaliły się bezpieczniki”
„Ała, to bolało. (wydech). To wciąż mój mały chłopczyk”
„Czyli to było dla niego taakie ważne”
„Temu człowiekowi jest bardzo trudno”
„Nie jest łatwo być czterolatkiem w sklepie pełnym zabawek i wyjść z niczym”
„Ok, jest gorąco. Byle do wyjścia”
„O co tu może chodzić?”
„To mamy kryzys. Jakoś przez to przejdziemy”
„Bycie tu nikomu z nas nie służy. W nogi”
„Odmowa ma swoją cenę, ale mimo to uważam, że lepiej stawić czoła frustracji niż kupować kolejną zabawkę”
„Nie pomaga mi to, że mamy obserwatorów. Chcę stąd wyjść w spokojniejsze miejsce”

to jest szansa, że mimo trudnej sytuacji pozostaniesz w równowadze, dzięki czemu Twoje dziecko będzie mogło się do Ciebie dostroić, uzyskać wsparcie i poradzić sobie ze swoją złością i rozczarowaniem.

Mamy wpływ na to, co pomyślimy. Na swoją narrację, na perspektywę z jakiej patrzymy na dzieci i na sytuacje. Z tym, że tę perspektywę możemy zmieniać na zimno, czyli wtedy gdy mamy się dobrze i czujemy się bezpiecznie. Jeśli będziemy próbować robić to tylko ‘na gorąco’, gdy dzieje się coś trudnego, z dużym prawdopodobieństwem nasz mózg podąży wtedy starymi ścieżkami. Pomocne w zmianie myślenia są:
* perspektywa ciekawości, wychodzenie z założenia, że nie wiemy wszystkiego,
* zakładanie dobrych intencji dziecka
* zaglądanie pod warstwę zachowania, sprawdzanie jakie potrzeby dziecka stoją za jego zachowaniem
* przyglądanie się sytuacjom, które już minęły, podejmowanie refleksji na zimno i zastanawianie się jakie myśli i przekonania byłyby wspierające.
Na interpretację sytuacji poza głęboko zakorzenionymi przekonaniami i myślami, do których przywykliśmy, ma wpływ także nasza ogólna forma fizyczno-psychiczno-duchowa. W wyczerpaniu, zmęczeniu, w głodzie dużo łatwiej o myśli, które zakładają czyjąś złą intencję, albo umiejscawiają odpowiedzialność za to co się dzieje gdzieś na zewnątrz, poza nami. Dlatego jedną z rzeczy, które pomagają lepiej zaopiekować się swoją złością i zmniejszyć jej natężenie jest dbanie o swój ogólny dobrostan.

Ten tekst opisuje tylko fragment zagadnienia zapoznawania się swoją złością. Ma pokazać, jak to, co myślimy może wpływać na to, czy zezłościmy się, czy też nie. Nie oceniam jednak złości negatywnie. W każdej sytuacji, w której złość się pojawia, ona chce nas zaopiekować, chce dać nam znać, że wydarzyło się coś, co odebraliśmy jako naruszające nasze granice, albo że to co się dzieje wymaga podjęcia przez nas działania. Jeśli odbierzemy ją jako komunikat o nas samych, jest duża szansa, że złość zacznie nam służyć.

O myślach zapalnikach przeczytasz więcej w książce „Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko”, McKay Matthew, Fanning Patrick, Palg KIm, Landis Dana, Wydawnictwo MiND.

Jeśli poszukujesz wsparcia w zrozumieniu i zaopiekowaniu swojej złości, zapraszam Cię na mój kurs online. Informacje i zapisy: www.zloscrodzica.pl