Jeśli nie kary, to co?

Po cyklu facebookowych wpisów o wychowaniu bez nagród i kar, dostaję od Was wiadomości, za które jestem bardzo wdzięczna. Gdyby scalić je w jedną, mogłaby brzmieć tak:

„Mam jasność, że nie chcę stosować kar ani wprost, ani pod przykrywką konsekwencji. Mam jednak wątpliwości odnośnie tego, co robić zamiast tego. Jak reagować? Na czym takie wychowanie polega?”

Stąd pomysł na ten tekst, by dać więcej informacji o tym, na czym takie rodzicielstwo polega. Chciałabym wyjść od tego, że brak nagród i kar nie jest celem samym w sobie. To tylko środek, to tylko pewna perspektywa, którą chcemy pokazać, jako wspierającą. Myślę, że warto mieć to na uwadze i nie fiksować się na tej bezkarności, na ciągłym nerwowym zastanawianiu się, czy to co robię to już kara, czy jeszcze nie, by nie zawieszać się w poczuciu winy, że zdarza się nam zareagować nie tak, jak byśmy chcieli. Wszystkim się zdarza. W takim koncentrowaniu się na metodzie można stracić z oczu zarówno dziecko, jak i własne potrzeby.

Czytaj dalej Jeśli nie kary, to co?

Webinarowa zima – zapraszam!

Zapraszam do programu Webinarowa zima

Zapraszam do udziału w programie Webinarowa Zima, w ramach którego uzyskujecie dostęp do całej biblioteki moich webinariów oraz zaproszenie do udziału w siedmiu spotkaniach na żywo (możliwe także odsłuchanie nagrania).

Dostęp do archiwum:

  • 24 webinaria
  • 2105 minut nagrań (35 godzin)
  • wersje wideo oraz wersje mp3

Dodatkowe zimowe webinaria na żywo dotyczyły będą emocji. 

Przeczytaj więcej o programie: https://gosiastanczyk.pl/zima/

10 rzeczy, które dzieci robią w czasie ekranowym

Często spotykam się z przekonaniem dorosłych, że dzieci tracą czas nad ekranami, że czas przed komputerem lub z głową pochyloną nad telefonem czy tabletem jest czasem, w którym nie robią nic wartościowego. Ot tak, przetracają kolejne kwadranse, dodatkowo sobie tym szkodząc. Nie daję temu wiary. Chcę opisać 10 rzeczy, które dzieją się, kiedy dzieci korzystają z multimediów. Nie po to, żeby do nich zachęcać, ale by pokazać perspektywę, którą czasem trudno dostrzec. Mówiąc o czasie ekranowym, mam na myśli: komputer, tablet, laptop, telewizor, konsola. Telewizję mniej, bo ona, w odróżnieniu od innych urządzeń, sprawia, że jesteśmy pasywni, nie aktywni.

To nie będzie tekst o tym, ile czasu przed ekranem jest OK, a ile nie jest OK. Ani o tym jak zrobić, by dziecko korzystało z technologii tyle, ile uważamy, że powinno, a ograniczenia przyjęło z wdzięcznością ;) Nie uważam, by była na to jakaś recepta, albo wzór. Ilość i jakość czasu ekranowego to według mnie indywidualna kwestia: tego konkretnego dziecka, tego konkretnego rodzica, tej konkretnej rodziny. Wspieram czasem w tej kwestii rodziców i wiem, jak długi bywa proces dochodzenia do takich ustaleń. Bywa, że nawet dwoje rodziców prezentuje dwa odmienne stanowiska.

W wypracowaniu takich ustaleń pomocne może być pochylenie się nad tym, co te dzieci właściwie tam robią, czego doświadczają, o co dbają, czego się uczą.

Co dzieci robią w czasie ekranowym?

1. Realizują potrzebę autonomii, sprawstwa, wpływu na swoje życie

Dzieci, które 6 czy 8 godzin dziennie współdziałają z dorosłymi, dostosowując się do zaplanowanych w szkole aktywności i odpowiadając na ich oczekiwania, potrzebują czasu, w którym będą mogły same podjąć decyzję, czym się zajmują. Najcenniej byłoby, gdyby tego wpływu mogły doświadczać przez cały czas, również, a może przede wszystkim, w procesie edukacji. Zazwyczaj jednak tak nie jest. Korzystanie z technologii często staje się więc przyczółkiem autonomii.

Autor książki „Wolne dzieci” Peter Gray pisze, że technologia, to co dzieci robią w tablecie, w komputerze czy w sieci to jedyna przestrzeń, której nie dorośli dzieciom ściśle nie poukładali, w której nie wprowadzili swoich zasad, nie interweniują na każdym kroku i nie formułują wobec dziecka oczekiwań. 

Gdy więc rodzice nie wiedzą, dlaczego dziecku tak zależy, dlaczego o ten czas ekranowy toczy się ciągła walka, to pierwsze, co można sprawdzić, to czy nie chodzi o autonomię, o sprawstwo. Jeśli chodzi o autonomię, to dzieciom pomaga, gdy mogą zdecydować kiedy i jak będą ten swój czas realizować, żeby to nie było warunkowane tym, czy odrobiły lekcje, żeby to nie było w nagrodę, by tego nie zabierać za karę. Pomaga im włączenie ich w proces decyzyjny, wyjście z pozycji władzy w kierunku zaciekawienia i współpracy. Można też poprzyglądać się temu, ile autonomii i wpływu dzieci mają w innych obszarach.

2. Dzieci grając w gry poznają zasady, które rządzą nowymi światami i systemami

Zgłębiają tę wiedzę, często korzystając z wielu źródeł: samouczka, filmów, tutoriali, poradników i informacji czerpanych od innych użytkowników. Uczą się w ten sposób budować strukturę wiedzy na temat zupełnie nowej dziedziny. W związku z tym, że są zmotywowane wewnętrznie, wdrażają się szybko i skutecznie. Ja widzę w tym sposób na naukę uczenia się i ćwiczenie się w rozwiązywaniu napotkanych problemów. Zachwyca mnie ta biegłość, którą dzieci zyskują po kilka godzinach korzystania z nowego urządzenia albo programu.

3. Pozostając przy uczeniu się: dla wielu dzieci jest to skuteczny sposób nauki języka obcego

Doświadczenie skorzystania z umiejętności językowych zwiększa motywację do nauki języka (‘Wow, język się przydaje!’). Gry, filmy, gra po sieci pozwala na zanurzenie w innym języku. I stwarza taką naturalną sytuację, w której dzieci, by osiągać swoje cele, potrzebują rozumieć. Dzieci chętnie uczą się języka, gdy nikt ich nie sprawdza, gdy nikt ich nie ocenia. Znam niejednego tłumacza, specjalistę od języka angielskiego, który twierdzi, że nauczył się ogromnie dużo z gier i filmów i że stąd przyszła pasja.

4. Ćwiczą się w dążeniu do mistrzostwa

Podejmują wyzwania i mierzą się tylko z samymi sobą. Jeśli partnerem jest komputer /bot/ elektroniczny przeciwnik, dużo łatwiej jest dzieciom z jednej strony podjąć ryzyko, a z drugiej nie zrezygnować po pierwszym czy drugim niepowodzeniu. Często słyszę historie o podatności na frustrację, która dotyczy próbowania czegoś nowego, ścigania się z kolegami/bratem, robienia różnych rzeczy zgodnie ze swoimi wyśrubowanymi oczekiwaniami. Gdy szukamy wyjątków często udaje się znaleźć właśnie takie, które związane są z aktywnościami przy komputerze czy telefonie. Patrzyliście tak kiedyś na to? To ponawianie, niekiedy po raz setny, próby rozwiązania jakiegoś problemu lub osiągnięcia lepszego rezultatu rozwija wytrwałość.

5. Doświadczają wspólnoty

Bezpośrednio: grając razem, z kolegami lub rodzeństwem, ramię w ramię, albo grając po sieci. 

Technologię często zaciera różnicę wieku. Często słyszę, że bycie razem nad tabletem, granie po sieci, albo na zmianę, pozwala rodzeństwom, którym trudno inaczej znaleźć porozumienie, spędzać razem czas z satysfakcją.

Istotne jest tu też znaczenie społeczne: zorientowanie w świecie technologii i trendów może też być jednym z czynników, które decydują o przynależności. Ta motywacja nasila się szczególnie w wieku nastoletnim gdy przynależność do grupy wysuwa się w dążeniach dzieci na pierwszy plan – to może wyjaśniać chęć bycia na bieżącą i zainteresowanie tym, co jest na topie.

6. Negocjują, budują zasady współdziałania, radzą sobie z problemami interpersonalnymi, rozwijają kompetencje społeczne

Kiedy słucham dzieci, grających w sieci, mam często skojarzenie z tym, co dla mojego pokolenia działo się na podwórku. Ktoś jest liderem, ktoś strzeże zasad, ktoś inny próbuje je naruszać, ktoś zostaje wykluczony, ale wtedy brat staje w jego obronie. To jest dla mnie fascynujące. Słyszę, jak dzieci uczą się sobie radzić w świecie relacji, ale też jak dają sobie wzajemnie wsparcie, snują plany, starają się innych do swojej wizji przekonać. I teraz można powiedzieć: „Co za masakra, że to się nie dzieje osobiście, tylko w sieci”, Wiem, że bywa różnie, ale w dużych miastach dzieci często teraz nie mają warunków, by robić to osobiście. U mnie na osiedlu nie ma takiego podwórka. Widzę, że w starszych osiedlach, to często nadal działa i hula, ale nowe budownictwo nie przewiduje takiej funkcjonalności, jak przestrzeń do spędzania czasu dla dzieci. Peter Gray pisze też: sami je wpychamy w te technologie, bo boimy się o nich i lubimy wiedzieć, gdzie są i mieć to pod kontrolą. Dzieci znajdą sobie to pole do eksplorowania relacji, jak nie na trzepaku, to na serwerze.

7. Relaksują się

Nie każdy czas w ciągu dnia czy tygodnia musi być czasem produktywnym. Bywa, że czas spędzony przy ekranie służy po prostu odpoczynkowi, może być też tak, że służy odcięciu od bodźców społecznych, resetowi, regulacji. Rodzice czasem pytają zaniepokojeni: ojej, skoro moje dziecko reguluje się przy You Tubie to może to droga do uzależnienia? Może lepiej zabronić? Byłabym za tym, żeby nie odbierać dziecku strategii, ale dostarczać mu nowych, sprawdzać, co się kryje za słowami: “jeszcze jedną bajkę” i na ten komunikat pod spodem starać się odpowiadać, szukać źródeł napięcia i w tych obszarach działać. Czyli działać jakby dookoła, a nie w kontrze. Dorośli też często bezmyślne scrollowanie facebooka traktują jako jedną ze strategii regulacyjnych – ważne by nie była to jedyna, by dziecko dysponowało też strategiami relacyjnymi, czyli: by mogło poprosić nas o wsparcie, pokazać swoje emocje i zostać przyjętym, by miało doświadczenie spędzania wspólnego czasu, który daje satysfakcję.

8. Poszukują informacji

Przeszukują zasoby. Uczą się odróżniać sprawdzone informacje od fake newsów. Do tego potrzebne jest doświadczenie. Nie da się komuś po prostu o tym opowiedzieć. Nie do przecenienia jest bycie na bieżąco i towarzyszenie dziecku w tym świecie, pokazywanie, że tylko niektóre informacje pochodzą z zaufanych źródeł, pokazywanie krytycznego podejścia do informacji, nauka jak je weryfikować. 

9. Ćwiczą się w używaniu i oswajaniu narzędzi, które z dużym prawdopodobieństwem będą ich narzędziem pracy i organizacji codziennego życia

Kontakt z technologiami jest dziedziną, w której nabywanie sprawności ma sens. Trochę mnie bawi, a trochę zachwyca, gdy słyszę z ust nastolatka: Hey Google, nastaw budzik na siódmą. Albo gdy patrzę, jak dziewięciolatek odpakowuje nowy sprzęt, wpisuje w moim telefonie jego model i wyświetla tutorial, który pozwala mu, krok po kroku, właściwie go podłączyć i skonfigurować. Ja powiedziałabym, że nie umiem i czekam na mężą. Korzystanie z tych urządzeń bez dwóch zdań, służy nabywaniu biegłości.

10. Są aktywne, stają się twórcami

W internecie łatwo stać się twórcą: budować jakieś treści, przetwarzać je, tworzyć. Tym bardziej, kiedy śledzi się twórczość innych, podobnych sobie osób, które tworzą i dostarczają wartościowych treści. 

Ciekawa jestem, co robią w czasie ekranowym Wasze dzieci. Może da się uzupełnić tę listę?

„Zagubieni w szkole” jak pomóc dzieciom z trudnościami

Wydawnictwo Mamania wydało drugą książkę Rossa Greena. To książka adresowana do pedagogów, nauczycieli, osób pracujących w szkołach. Ten tekst piszę jednak nie tylko dla specjalistów pracujących w szkołach, ale i dla rodziców i wszystkich, których kwestie edukacji interesują.

Pracując z rodzicami i z nauczycielami spotykam się często z tym, jak trudno o zaufanie i dialog w szkole. Taki dialog, w który wchodzimy autentycznie, w którym dochodzi do spotkania dwóch osób. Czasem spotykają się w szkole nie ludzie, a role. Każdy swoją odgrywa z zapałem, ale do spotkania dwojga ludzi, z ich intencjami, emocjami, doświadczeniami i przemyśleniami, nie dochodzi.

Jeśli chcecie poznać perspektywę, która sprzyja takiemu dialogowi, warto sięgnąć po książkę Greena. Zachwyca mnie to, w jaki sposób autor, analizując sytuację, ze zrozumieniem, uważnością i zatroskaniem podchodzi do wszystkich zaangażowanych osób: do dzieci, do nauczycieli i rodziców.

Książka, zawiera aktualną wiedzę na temat tego, co jest przyczyną tego, że dzieci zaczynają sprawiać trudności.

Serce bije mi szybciej, gdy czytam:

„Nasze przekonania na temat trudnych dzieci – że nami manipulują, domagają się uwagi, wymuszają, brakuje im motywacji, sprawdzają granice oraz że te cechy wywołało pasywne, permisywne, niekonsekwentne, pozbawione wymagań rodzicielstwo – w większości przypadków są zupełnie nietrafione.” 

A skoro są nietrafione, to te działania, które podejmujemy w odpowiedzi na takie założenia są nieskuteczne. Autor zauważa, że najczęstszym pomysłem na to, co zrobić gdy dziecko sprawia trudności jest zastosowanie konsekwencji. To praktyka i w naszych polskich szkołach. Na tym przecież opierają się szkolne systemy oceny zachowania: wypunktować, postraszyć, obniżyć, odjąć, zabrać. Problem w tym, że to zupełnie nie działa na większość dzieci sprawiających trudności. Takie konsekwencje nie mogą działać, bo nie mają nic wspólnego z przyczyną zachowań dziecka. Nie pomagają więc im się inaczej zachowywać.

Greene w swojej książce pokazuje, że dzieciom z trudnościami w zachowaniu nie brakuje motywacji, ale ważnych umiejętności, z obszaru:

  • regulacji emocji
  • przewidywania skutków swoich działań
  • rozumienia i uwzględniania perspektywy drugiej osoby
  • elastyczności, czyli dostosowywania się do zmiany planów
  • komunikowania swoich emocji i potrzeb.

Greene mówi, że to, co warto zrobić to:

  •  zidentyfikować te umiejętności, których dzieciom brakuje, 
  • określić, w jakich sytuacjach dzieci przejawiają trudne zachowania
  • oraz dostosować otoczenie, by stworzyć dzieciom warunki, w których będą mogły te umiejętności zdobyć i w konsekwencji sprawiać mniej trudności.

O tym jest ta książka. To znacznie dłuższy proces, niż wpisanie uwagi do dzienniczka albo obniżenie oceny z zachowania, ale mam poczucie, że dopiero to może być skuteczne. Greene rozwija poszczególne punkty tego planu, krok po kroku, obrazując je również szkolnymi historiami, które ukazuje z różnych perspektyw: rodzica, dziecka i nauczyciela. 

Bardzo się cieszę, że taka książka pojawiła się na polskim rynku. Myślę, że może być realnym wsparciem dla nauczycieli, którzy w obliczu kłopotliwych zachowań dzieci czują się bezradni, którym trudności w relacji z uczniami często przywodzą na myśl porzucenie zawodu.

Typowy dwulatek

Moment, gdy dziecko staje się „dwulatkiem”, jest dla rodziców często dużym wyzwaniem. Szczególnie, jeśli typowych dla tego okresu zmian w zachowaniu dziecka doświadczają po raz pierwszy. Przy kolejnym dziecku łatwiej o szerszą perspektywę, w której widać, że to jedynie etap, który minie. I aby minął wystarczy poczekać. 

Czytaj dalej Typowy dwulatek

Myśli, które wiodą ku złości

To, czy się zezłościsz, zależy w dużej mierze od tego, co sobie pomyślisz. Nie od sytuacji, okoliczności, czy od faktów, ale od Twojej interpretacji tego, co się dzieje. Nie od tego, co Twoje dziecko robi, ale od znaczenia, jakie temu przypiszesz.
Świadomość tego pomaga nam odzyskać wpływ na sytuację, niezależnie od tego, co się dzieje.

Wyobraź sobie, że Twoje kilkuletnie dziecko, w rezultacie odmowy zakupienia nowej zabawki woła: „jesteś głupi/głupia!”, kopiąc Cię przy tym w kostkę. Na dodatek robi to publicznie, w sklepie, gdzieś w przestrzeni pomiędzy regałami a kasami.

Jeśli pomyślisz:
„Chce mną rządzić”
„Taki mały, a już tyran”
„Nie szanuje mnie”
„Co ze mnie za matka, skoro moje dziecko tak mnie traktuje”
„Tak być nie może, zachowuje się skandalicznie”
„Jeśli nie zareaguję wystarczająco mocno, będzie tak robił zawsze”
„Zaraz nie wytrzymam, po prostu oszaleję, tego nie da się znieść”
„Co ci ludzie o mnie myślą?”

jest prawie pewne, że wpadniesz w złość.

Jeśli pomyślisz:
„Oho, komuś tu przepaliły się bezpieczniki”
„Ała, to bolało. (wydech). To wciąż mój mały chłopczyk”
„Czyli to było dla niego taakie ważne”
„Temu człowiekowi jest bardzo trudno”
„Nie jest łatwo być czterolatkiem w sklepie pełnym zabawek i wyjść z niczym”
„Ok, jest gorąco. Byle do wyjścia”
„O co tu może chodzić?”
„To mamy kryzys. Jakoś przez to przejdziemy”
„Bycie tu nikomu z nas nie służy. W nogi”
„Odmowa ma swoją cenę, ale mimo to uważam, że lepiej stawić czoła frustracji niż kupować kolejną zabawkę”
„Nie pomaga mi to, że mamy obserwatorów. Chcę stąd wyjść w spokojniejsze miejsce”

to jest szansa, że mimo trudnej sytuacji pozostaniesz w równowadze, dzięki czemu Twoje dziecko będzie mogło się do Ciebie dostroić, uzyskać wsparcie i poradzić sobie ze swoją złością i rozczarowaniem.

Mamy wpływ na to, co pomyślimy. Na swoją narrację, na perspektywę z jakiej patrzymy na dzieci i na sytuacje. Z tym, że tę perspektywę możemy zmieniać na zimno, czyli wtedy gdy mamy się dobrze i czujemy się bezpiecznie. Jeśli będziemy próbować robić to tylko ‘na gorąco’, gdy dzieje się coś trudnego, z dużym prawdopodobieństwem nasz mózg podąży wtedy starymi ścieżkami. Pomocne w zmianie myślenia są:
* perspektywa ciekawości, wychodzenie z założenia, że nie wiemy wszystkiego,
* zakładanie dobrych intencji dziecka
* zaglądanie pod warstwę zachowania, sprawdzanie jakie potrzeby dziecka stoją za jego zachowaniem
* przyglądanie się sytuacjom, które już minęły, podejmowanie refleksji na zimno i zastanawianie się jakie myśli i przekonania byłyby wspierające.
Na interpretację sytuacji poza głęboko zakorzenionymi przekonaniami i myślami, do których przywykliśmy, ma wpływ także nasza ogólna forma fizyczno-psychiczno-duchowa. W wyczerpaniu, zmęczeniu, w głodzie dużo łatwiej o myśli, które zakładają czyjąś złą intencję, albo umiejscawiają odpowiedzialność za to co się dzieje gdzieś na zewnątrz, poza nami. Dlatego jedną z rzeczy, które pomagają lepiej zaopiekować się swoją złością i zmniejszyć jej natężenie jest dbanie o swój ogólny dobrostan.

Ten tekst opisuje tylko fragment zagadnienia zapoznawania się swoją złością. Ma pokazać, jak to, co myślimy może wpływać na to, czy zezłościmy się, czy też nie. Nie oceniam jednak złości negatywnie. W każdej sytuacji, w której złość się pojawia, ona chce nas zaopiekować, chce dać nam znać, że wydarzyło się coś, co odebraliśmy jako naruszające nasze granice, albo że to co się dzieje wymaga podjęcia przez nas działania. Jeśli odbierzemy ją jako komunikat o nas samych, jest duża szansa, że złość zacznie nam służyć.

O myślach zapalnikach przeczytasz więcej w książce „Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko”, McKay Matthew, Fanning Patrick, Palg KIm, Landis Dana, Wydawnictwo MiND.

Jeśli poszukujesz wsparcia w zrozumieniu i zaopiekowaniu swojej złości, zapraszam Cię na mój kurs online. Informacje i zapisy: www.zloscrodzica.pl

Jak reagować, gdy dziecko dostanie uwagę

Jako rodzice najczęściej nie mamy wpływu na to, czy dziecko dostanie uwagę, czy nie. Mamy natomiast wpływ na to, co z takim komunikatem zrobimy.

Kiedy rok temu przygotowałam tę grafikę, poniosła się w świat tysiącem udostępnień. Dziś chciałabym nie zatrzymywać się na samym haśle, które było skierowane przede wszystkim do nauczycieli, ale dołączyć do niego kilka akapitów mojej refleksji na temat uwag i reagowania na szkolne uwagi przez rodziców.

Ty decydujesz, jak zareagujesz

Z kontaktów z rodzicami dzieci szkolnych wiem, że są oni często zagubieni w kwestii uwag i nie mają jasności, jakie oczekiwania ma wobec nich nauczyciel i jak oni sami chcieliby zareagować. Wielu działa wtedy impulsywnie, w reakcji na własny dyskomfort, związany z tym, że dziecko przynosi uwagę. Impulsywna reakcja, złość, krytyka, groźba kary lub ograniczenie przywilejów nie pomagają dzieciom lepiej się zachowywać. Nie pomagają też dostrzec perspektywy innych osób – w tym przypadku nauczyciela lub kolegów, czy koleżanek, którzy byli uczestnikami jakiejś trudnej sytuacji. Takie reakcje utwierdzają dziecko w poczuciu osamotnienia, niezrozumienia i sprawiają, że może ono jeszcze mocniej współpracować z rolą „tego nieposłusznego”, „agresywnego”, „przeszkadzającego”. Dzieci, na poziomie nieświadomym, zaczynają brać to, co słyszą o sobie oraz to, co widzą w naszych oczach jako prawdę o sobie. W efekcie, tego rodzaju etykiety działają jak samospełniająca się przepowiednia.

Twoja reakcja ma znaczenie

Pisząc ten tekst mam w głowie dzieci, które mówią: „Boję się wrócić dziś do domu”/”Tata mnie zabije”/”Koniec z chodzeniem na konie, dostałam kolejną uwagę”. Mam przed oczami dzieci, które potrzebują wsparcia, uwagi, kogoś kto im uwierzy i zainteresuje się tym, jak one przeżywają to, co je w szkole spotyka. Myślę o rodzicach, którzy przychodzą do gabinetu i mówią, że dostają gęsiej skórki, gdy wibruje im telefon, bo obawiają się, że to kolejna uwaga w Librusie albo przynoszą zeszyty pełne uwag i niepochlebnych opinii o ich dziecku, które kolekcjonowane nie mają żadnego pozytywnego wpływu na zachowanie dziecka, ale nierzadko mają wpływ niszczący na atmosferę w domu i relacje. Miewają, choć nie muszą mieć. Z drugiej strony, mam przed oczami dzieci, które czasem już od progu wymachują dzienniczkiem i mówią: “Wiesz, jaka się dziś zrobiła sytuacja?!”. Ich ramiona są rozluźnione, a oczy pełne zaufania, że będą mogły podzielić się tym, co było ich udziałem bez strachu przed krytyką i odrzuceniem. 

Gdy dziecko dostanie uwagę rodzic może:

  • powiedzieć: „Jak to czytam, to domyślam się, że miałeś dziś trudny dzień…”.
  • bez słowa ją podpisać i schować z powrotem do plecaka, nie czyniąc dziecku wyrzutów.
  • zapytać: „Jak się masz?” albo „Czy potrzebujesz mojego wsparcia?”
  • zaproponować: „Chcesz mi opowiedzieć, co się wydarzyło?”
  • nic nie robić w stosunku do dziecka, a potraktować dzienniczek uwag jako formę komunikacji z nauczycielem i zaproponować nauczycielowi spotkanie, by lepiej zrozumieć pojawiające się trudności

Najcenniejsze w całej reakcji wydaje mi się to, by nie być automatycznie po stronie tej krótkiej narracji z dzienniczka. By sprawdzić, jaka jest perspektywa dziecka. By go wysłuchać z ciekawością i empatią. Często uwaga wpisywana jest przez nauczycieli w dużych emocjach, w poczuciu frustracji i bezradności, co ma wpływ na dobór słów i formę. Warto sprawdzić, co stoi za słowem “arogancki” i za każdym innym słowem, zanim je zinterpretujemy.

Perspektywa nauczyciela

Jeśli chcemy rozmawiać z dzieckiem na temat perspektywy nauczyciela, dobrze najpierw dać mu przestrzeń na to, by zostało zobaczone ze swoją perspektywą. Często nikt go dotąd nie wysłuchał i zaciekawił się tym, co stało za jego zachowaniem. Możemy tę opowieść przyjąć bez oceniania, aktywnie słuchając i starając się zrozumieć: „Ah, i wtedy to się stało”, „Teraz trochę bardziej rozumiem”, „A jak się teraz czujesz?”. Wysłuchane dziecko często jest gotowe dostrzec perspektywę nauczyciela. Często samo mówi, że wolałoby się zachować inaczej, ale wtedy nie potrafiło, albo że nie czuje się z tym najlepiej. Wnosząc perspektywę drugiej strony można powiedzieć: „Wyobrażam sobie, że Pani musiało być z tym, trudno, skoro wpisała uwagę”, albo „Mmm, i Pani chciała, bym o tym wiedziała”.

Chciałabym napisać jeszcze o jednej sprawie. Będąc rodzicem, mamy znacznie większą możliwość wesprzeć swoje dziecko niż nauczyciela. Rodzic nie ma wpływu na to, by dziecko nie zrobiło kolejny raz na lekcji tego, co było treścią uwagi. Oczekiwanie od dziecka obietnicy, że więcej się tak nie zachowa, nie pomoże mu więcej się tak nie zachować. A skoro coś nie pomaga, to zwykle pomaga, gdy się to odpuści. Zaopiekowanie się sytuacją, wymaga prześledzenia krok po kroku tego, co stało się przed sytuacją, jaki ona miała przebieg i jak zaopiekowano ją później. To dialog, który warto podjąć ze szkołą. Jeśli uwag jest wiele, a nauczyciel nie inicjuje takiej rozmowy, dobrym pomysłem może być propozycja osobistego kontaktu. Choć wyobrażam sobie, że nie każda uwaga jest warta uruchamiania takich zasobów energii. Często w zupełności wystarczy nagryzmolić podpis i żyć dalej.

Dziecko zawsze współpracuje

Jesper Juul napisał, że dzieci zawsze współpracują, choć nie zawsze robią to wprost. Chcę się z Wami podzielić spisem różnych form, które może przyjmować dziecięca współpraca, który przygotowałyśmy razem z Agnieszką Stein. Wiele z nich łatwo nam uznać za brak współpracy.

Co to znaczy, że „dzieci zawsze współpracują”?
Dzieci są od nas zależne, emocjonalnie i całkiem po prostu fizycznie. Dlatego robią zawsze najwięcej jak są w stanie, żeby spełnić nasze oczekiwania. Kochają nas bezwarunkowo, podziwiają nas, naśladują. Zależy im na tym, żebyśmy byli zadowoleni i w dobrym humorze, bo od tego zależy ich bezpieczeństwo.
Czasem dzieci nie współpracują wprost w sposób widoczny na pierwszy rzut oka tylko trochę inaczej. Na przykład jak?

  • Gdy my w relacji z dziećmi decydujemy się pokazać, kto tu rządzi, kto będzie decydował, dziecko wtedy także wchodzi w próbę sił – a reguły w próbie sił są takie, że się siłujemy.
  • Czasem dzieci z nami współpracują przez to, że nas naśladują. Robią to nawet wtedy, kiedy my nie do końca jesteśmy zadowoleni z naszych działań. Robią to, co robimy i wierzą w to, w co wierzymy. Choć nie zawsze robią to, czego my od nich oczekujemy,
  • Kiedy wchodzimy w relację z dzieckiem z jakimś przekonaniem, np. takim, że ono jest leniwe, że nic mu się nie chce, że ono robi na złość – dziecko to odczytuje i współpracuje z naszymi oczekiwaniami. Można powiedzieć, że jest to taka samospełniająca się przepowiednia. To także jest rodzaj współpracy.
  • W terapii rodzinnej mówi się o współpracy jeszcze w inny sposób – określa się czasem dziecko, jako wydelegowane do tego, by mieć objaw. Dzieci manifestują napięcie, kłopoty, konflikty w rodzinie. Zdarza się, że dzieci zaczynają mieć trudne zachowania właśnie po to, by rodzina poszła po pomoc, jeśli tej pomocy potrzebuje. Zdarza się też, że dzieci robią trudne rzeczy, bo gdy system rodzinny jest w nierównowadze, to trud wokół dziecka spaja, integruje, daje wspólny cel: poradzić sobie z zachowaniem dziecka albo odwraca uwagę rodziny od czegoś z czym trudno jej się mierzyć.
  • Dzieci są gotowe też chronić obraz rodzica, który sprawia im przykrość do tego stopnia, że prędzej myślą, że to z nimi coś jest nie tak niż, że to rodzic robi coś nie w porządku (nawet jeśli ich słowa sugerują coś innego),
  • Swoim zachowaniem dzieci sygnalizują, że to, co robimy im nie służy, że to w danym momencie nie pomaga, że jakaś ważna potrzeba domaga się zaopiekowania.
  • Dając nam feedback, wspomagają nas w rozwoju, pokazują nam obszary w nas samych, które wymagają zaopiekowania i uleczenia.
  • Dzieci współpracują też, kiedy kłamią – mówią nam wtedy rzeczy, które chcemy usłyszeć a nie mówią takich, które są dla nas trudne.

Lubię tę perspektywę, w której w każdym zachowaniu dziecka widzimy chęć zatroszczenia się o coś ważnego, najlepiej jak potrafi. Staram się patrzeć tak na dzieci, na rodziców z którymi pracuję, na uczniów, na nauczycieli.  Wspiera mnie to w tym, by mniej oceniać, a więcej patrzeć z ciekawością i próbować zrozumieć, co może stać za określonym zachowaniem.

Tekst: Gosia Stańczyk, Agnieszka Stein