Chwalić, błyszczeć, zwyciężać – o mitach wokół poczucia własnej wartości

Rodzice i specjaliści są na ogół zgodni odnośnie tego, że poczucie własnej wartości jest ważne, że jest czymś, czego chcemy dla swoich dzieci. Funkcjonuje jednak wiele nieporozumień, związanych z tym, co sprzyja jego rozwojowi. Zebrałam je poniżej. Mierząc się z tymi mitami, staram się też wyjaśnić, czym jest poczucie własnej wartości. Temu, co je karmi, poświęcę oddzielny tekst.

Mit 1: Chwaląc, karmię poczucie własnej wartości mojego dziecka.

Jest taki pomysł, że pochwały kierowane pod adresem dzieci przez dorosłych, pomagają im dobrze o sobie myśleć. Chwalić jest miło. Bywa, że miło jest być chwalonym (choć nie zawsze i nie wszyscy tak mają).

Chwalenie to ocena. Tak samo jak krytyka. Różnica między nimi jest taka, że krytyka jest oceną negatywną, chwalenie – pozytywną. Dzieci nie potrzebują być przez nas oceniane. Ciągłe ich ocenianie i chwalenie skutkuje tym, że stają się coraz bardziej zależne od pochwał. Zatracają kontakt z naturalną satysfakcją, płynącą z robienia czegoś, co lubią (np. rysowania) lub uczenia się nowych rzeczy. W konsekwencji, żeby dobrze się poczuć, potrzebują usłyszeć, że świetnie im poszło, że rysunek jest ładny, piękny, wyjątkowy, że są mądre, zwinne, sprytne. Poczucie własnej wartości wypływa z wewnątrz i niesie moc, która właśnie uodparnia dziecko na oceny i oczekiwania innych osób. Dobrze mieć świadomość, że oczekiwanie pozytywnej oceny niesie ze sobą napięcie i presję – lęk przed oceną negatywną albo niespełnieniem oczekiwań.

Alfie Kohn bardzo mocno zaznacza, opierając się na swoim doświadczeniu i  przytaczając wyniki badań naukowych, że wzrastanie w poczuciu, że zasługuje się na zainteresowanie tylko wtedy, gdy odnosi się sukcesy jest szkodliwe. Wiem, że rodzicom, przyzwyczajonym do  chwalenia, ciągłej oceny, komentowania zachowań dzieci trudno sobie wyobrazić wspólne bycie bez tego. Czują się tak, jakby mieli przestać dzieci wspierać, wycofać się z kontaktu. Nie chodzi o dystans i wycofanie. Chodzi o to, by przestać oceniać i nadawać, a zacząć być i dawać siebie. Wystarczy, że pokażemy dzieciom, że widzimy, co robią i słyszymy, co mówią. Powstrzymując się od oceny, pozwolimy, by one same mogły wyrobić sobie zdanie na temat swoich doświadczeń, prób i wytworów.

Zamiast oceniania, dzieci potrzebują autentycznego zainteresowania i towarzyszenia im w ich emocjach, uczuciach i doświadczeniach. Potrzebują też, byśmy mówili im o sobie. Jeśli chcemy dawać dzieciom jakąś informację zwrotną, niech ona będzie osobista. Petra Krantz Lindgren pisze o tym tak: Unikaj ukrywania swoich potrzeb za etykietkami „dobry”, „zdolny” i „ładny”! Zamiast tego powiedz, czego potrzebujesz, co doceniasz, lubisz, do czego przywiązujesz wagę i w jaki sposób twoje dziecko przyczynia się do tego.

Mit 2: Aby rozwinąć poczucie własnej wartości, dzieci potrzebują osiągać sukcesy, więc powinniśmy stwarzać im sytuacje, w których mogą zabłysnąć.

Rodzice, których dzieci mają trudności w sytuacjach związanych z rywalizacją, pytają mnie czasem, czy nie należałoby znaleźć dziedziny, w której ich dziecko zacznie odnosić sukcesy. Uzależnianie poczucia wartości od sukcesów i osiągnięć jest bardzo ryzykowne. Sprawia bowiem, że w wypadku niepowodzenia taka osoba czuje się bezwartościowa. Prowadzi też do ciągłego stresu i wysiłku, by stale dowodzić i potwierdzać osiągnięciami swoją wartość. Nie zawsze z poszanowaniem zasad fair play, nie zawsze z wrażliwością na sygnały wysyłane przez przemęczony organizm. Tym, co niesie równowagę, zdrowie psychiczne i zdolność budowania opartych na szacunku relacji z innymi ludźmi jest przekonanie, że człowiek jest wartościowy taki, jaki jest. Nie ma takiego sukcesu, który pokryje tkwiące wewnątrz poczucie, że nie jest się dość dobrym.

Koncentracja na sukcesach zaczyna się od dorosłych. Jeśli dzieci czują się bardziej kochane, bardziej dostrzegane, gdy osiągają sukcesy, jeśli czują się do nich mocno dopingowane, może to rodzić w nich przekonanie, że są bardziej wartościowe wtedy, gdy uda im się coś osiągnąć. Zamiast więc szukać dziedziny, w której dzieci mogłyby odnosić sukcesy w rywalizowaniu z innymi, warto przestać nadawać rywalizacji tak dużą wagę. Presję zastąpić wsparciem. Pochwały zainteresowaniem. Wyścigi zabawą i rozwojem.

Mit 3: Krytyka jest niezbędna, bo chroni przed zawyżonym poczuciem własnej wartości i poczuciem, że jest się kimś lepszym od innych.

Poczucie własnej wartości wyraża się w przekonaniu: „Jestem w porządku, taka jaka jestem”. Składa się z dwóch wymiarów:

  • wiedzy o sobie – świadomości samego siebie, swoich umiejętności, myśli, potrzeb i marzeń
  • akceptacji siebie (akceptuję to, co o sobie wiem).

Poczucie własnej wartości to świadomość zarówno tego, w czym jesteśmy dobrzy, jak i dobra znajomość tego, co nie jest naszą mocną stroną – i akceptacja obu tych obszarów. Krytyka nie pomaga dzieciom poznawać siebie. Ona sprawia, że dziecko zaczyna widzieć siebie, oczami innych, traci zaufanie do siebie. Regularne bycie krytykowanym może powodować wykształcenie w dziecku poczucia niższości.

Petra Krantz Lindgren mówi, że choć poczucie własnej wartości jest szczepionką na krytykę, to nie chroni całkowicie przed byciem dotkniętym słowami, czy ocenami innych. Pozwala jednak nie brać ich za bardzo do siebie oraz pamiętać, że to, co inni mówią i myślą o nas, nie umniejsza naszej wartości jako człowieka. Jednak nawet rozwinięte poczucie własnej wartości nie jest niezniszczalne. Jeśli będę doświadczała krytyki, raniących wypowiedzi i gestów, dzień po dniu, w końcu zacznę w to wierzyć. 


Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Próba sił, czyli o tym, co utrudnia współpracę

Próba sił, czyli o tym, co utrudnia współpracę

Co mogę zrobić, by dziecko zechciało ze mną współpracować? – to jedno z ważnych pytań, które stawiają sobie zaangażowani rodzice i nauczyciele. Z tym, że pod słowem współpraca, dorośli nierzadko rozumieją: by zawsze słuchało, gdy mówią, że ma coś zrobić, albo czegoś nie robić: by bez ociągania się sprzątało, zjadało wszystko z talerza, odrabiało lekcje i bez marudzenia chodziło spać o podyktowanej przez dorosłych porze. To taka wizja, która kojarzy mi się ze współpracą na zlecenie, gdy jedna z osób jest decydentem a druga wykonawcą. Jedna ze stron przejmuje całą odpowiedzialność i nadzoruje jedynie wykonywanie zadań. Przed taką relacją dzieci się wzbraniają.

Mi bliższe jest rozumienie współpracy jako współdziałania dwóch lub więcej osób (podmiotów), z których każda troszczy się o coś, co jest dla niej ważne. Współpraca jest poszukiwaniem, jak w praktyce życia pogodzić to, co dla wszystkich zaangażowanych stron ważne. Zakłada równą godność, dzielenie odpowiedzialności i dwustronną komunikację. O zapraszaniu dzieci do współpracy potrzeba więcej niż jednego tekstu. W tym skoncentruję się na tym, co nas od współpracy oddala.

Zdarza się, że poszukując łatwości i skuteczności, czasem w bezsilności lub w pośpiechu, dorośli, chcąc nawiązać współpracę, wchodzą ze swoimi dziećmi w próbę sił. Wypowiadamy wtedy, nieznoszącym sprzeciwu głosem, słowa z pozycji autorytetu, kogoś kto ma decydujący głos, ale nie dlatego, że bierze za daną sytuację odpowiedzialność, a jedynie dlatego, że ma więcej siły, władzy czy przywilejów. Po czym poznać, że wkraczamy w próbę sił?

Oznajmiamy decyzję i jesteśmy gotowi ją forsować, nie sprawdzając przy tym, jak ma się z nią druga strona. Jednym słowem: nie uwzględniamy dziecka.

Mówimy: „tak, ma być i już” albo „nie, bo nie”, „bo Cię o to proszę”, „zrób to”, „przestań”, „słuchaj”.
A dziecko nie robi, nie przestaje, nie słucha.
„Czemu nie robisz, nie przestajesz, nie słuchasz?” – dopytujemy.
„Bo nie” – odpowiada dziecko: spojrzeniem, gestem albo parsknięciem.

Próba sił powoduje eskalację napięcia. Dziecko w naturalnym odruchu, czując się nieuwzględnione, chce ochronić swoją autonomię. Być może chce być usłyszane i dostrzeżone, albo swoim uporem dopomina się autentycznego kontaktu z rodzicem, albo ma inny ważny powód by odmówić? Dzieci będą z całych sił dążyć do tego, by zostać uwzględnione. Część z nich nie będzie głośno protestować, zamiast tego biernie odmówi współpracy, unikając wykonania jakichś czynności, ociągając się, odwlekając je w nieskończoność.

Gdy zapędzimy się w tę strategię, odmowna reakcja dziecka sprawia zwykle, że czujemy, że należy nieco dokręcić śrubę. Skuteczność. Liczy się dla nas skuteczność. Podnosimy więc głos, albo szukamy zwrotów, które jeszcze bardziej wprost wyrażą, co jest dla nas ważne. Na przykład dodajemy: „natychmiast”. Jeśli dziecko nadal odmawia, zaczynają pojawiać się w głowie pomysły zahaczające już o przemoc: co zrobić, by je nakłonić, co mu odebrać, jak nastraszyć, jak sprawić by usłyszało? [Mi osobiście wyświetlają się wtedy obrazy latających klawiatur.

Jakie przekonania i okoliczności skłaniają nas do podejmowania próby sił?

  • przekonanie, że dzieci powinny słuchać rodziców i robić to, czego ci od nich oczekują – wersji tego przekonania jest z pewnością wiele.

Powinny, bo:
– dorośli lepiej wiedzą, co jest dla dzieci dobre (Czyżby? Czy zawsze? Dorośli mają większą wiedzę i doświadczenie życiowe. Dzieci mają natomiast kontakt z tym, czego potrzebują w tym momencie. W próbie sił dorośli często nie mają wcale na celu przeforsowania tego, co uważają za dobre dla dziecka, ale tego, czego sami w danej chwili potrzebują)
–  w ten sposób okazują dorosłym szacunek, a odmawiając wykonania polecenia, odmawiają dorosłym szacunku (A jakby tak dziecięcą odmowę potraktować jako informację o dziecku a nie o dorosłym?)
– to świadczy dobrze o nas jako rodzicach

  • pośpiech
  • niedostateczna liczba dorosłych opiekunów w stosunku do liczby dzieci pod opieką
  • brak wiedzy o rozwoju psychicznym i emocjonalnym dzieci, a przez to nieadekwatne do wieku i momentu rozwojowego oczekiwania.

Opisana wyżej skłonność do eskalacji konfliktu, która może prowadzić do naruszających dziecko zachowań jest dla mnie najważniejszym argumentem, by się w te rejony nie zapędzać. Koncentracja na skuteczności i przeprowadzeniu swojej woli ogranicza też nasze możliwości patrzenia na sytuację z perspektywy dziecka, szukanie przyczyn jego zachowania i kryjących się za nimi potrzeb. Częste, regularne postępowanie w taki sposób, uniewrażliwia nas na protesty i emocje dziecka, blokuje empatię i obciąża relację.

W niedzielę 11.02.2018 będę prowadzić webinarium. Kliknij, żeby się zapisać.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Fascynujące książki popularnonaukowe dla dzieci (i rodziców)

 

Jedną z moich ulubionych radości związanych z dzieleniem życia z trójką dzieci jest możliwość regularnego, intensywnego obcowania z literaturą dziecięcą. Dzisiaj pokażę kilka naszych hitów z rodzaju popularnonaukowych.

Najbardziej lubię te:

  • z których ja również mam okazję dowiedzieć się czegoś nowego. Takie, przy których nie przysypiam, ale które wzbudzają moje autentyczne zainteresowanie, podają nowe informacje, albo w nowy, ciekawy sposób przedstawiają te, które już znam.
  • które fascynują moje dzieci do tego stopnia, by chciały sięgać po jeszcze więcej wiedzy, które inspirują do je zabaw, poszukiwania filmów, wymyślania gier, rysowania (a to ostatnie w przypadku moich dzieci to rzadkość ;) i czytania.
  • które są piękne: dopracowane, ciekawie ilustrowane, ładnie wydane.

Czytanie książek dla dzieci to jeden z moich sposobów na zaspokajanie potrzeby kontaktu z pięknem. Znacie to?

Jak zwierzęta śpią?, Jiří Dvořák, Marie Štumpfová (ilustracje), Wydawnictwo Muchomor

Książka dla dzieci w wieku 3-6 lat, choć mojego ośmiolatka też zainteresowała. Niezwykła. Przepięknie ilustrowana. Każde kolejne dwie strony poświęcone są innemu zwierzęciu. Zawierają opis jego sennych zwyczajów i ilustrację. Tyle, że ten opis nie jest encyklopedyczny. To opis literacki, pełen delikatności i sympatii do zwierząt. Trzmiel szuka miejsca, gdzie mógłby złożyć skrzydła, żyrafy opierają senne głowy o gałęzie, a lis śpi na poduszce z własnego ogona. Całości dopełniają ciepłe, przejrzyste ilustracje w delikatnych kolorach.

Jiří Dvořák jest jednym z najbardziej lubianych przez dzieci autorem w Czechach. I ja czeskie dzieci rozumiem. Mam dużo radości, że polskie dzieci też mogą czytać go do snu.

Płetwal błękitny, Jenni Desmond, Wydawnictwo ŁAJKA

Książka otwierająca serię, poświęconą gatunkom zagrożonym wyginięciem, która pozwala je pokochać.

Płetwal błękitny, stworzenie zadziwiające swoimi rozmiarami, masą, zwyczajami (jak karmienie piersią pod wodą), przedstawiony został z wielką czułością. To, że bohaterem książki jest największa istota na naszej planecie już samo w sobie daje nadzieję na fascynującą lekturę. Książka jest bogata w szczegółowe informacje, ale podane są one w taki sposób, że łatwo je sobie wyobrazić, zrozumieć i zapamiętać.

Dowiadujemy się, nie tylko tego, że płetwal błękitny waży około 160 ton, ale także tego, że to tyle, co 55 hipopotamów. Mierzy zaś tyle, co ustawione jedna za drugą ciężarówka, koparka, łódka, samochód, rower, motocykl, furgonetka oraz traktor.

Nie mogę nie wspomnieć o akwarelowych ilustracjach. Są zachwycające.

W naszym domu czytany wielokrotnie. Zapoczątkował fascynację wielorybami, orkami i wniósł w świadomość moich dzieci niebezpieczeństwo wyginięcia niektórych gatunków. Książka rekomendowana dla dzieci w wieku 3-6 lat, ale może cieszyć również siedmio- i ośmiolatki.

Niedźwiedź polarny, Jenni Desmond, Wydawnictwo ŁAJKA

Kontynuacja serii. Autorka zabiera nas tym razem na daleką północ, do krainy niedźwiedzi polarnych. W podróży towarzyszy czytelnikowi mała dziewczynka. Każda strona jest przepełniona pięknem. Książka podaje masą wiadomości, których wcześniej nie słyszałam i o których nie czytałam. Zwierzęca natura, w której zawiera się także polowanie na foki, czy żywienie truchłem (pokochanego za sprawą Płetwala błękitnego) wieloryba, nie jest przemilczana, ale przedstawiona z wyjaśnieniem.

To jedna z książek, które lubię mieć na własność.

Czyj to szkielet?, Henri Cap, Raphaël Martin, Renaud Vigourt, Mamania

Wydawca adresuje książkę dla nieco starszych czytelników (9+), ale dociekliwy pięciolatek i zafascynowany skamieniałościami ośmiolatek spokojnie dają radę! Dzieciaki dzień po lekturze zadawały napotkanym dorosłym zagadki o to, która kość w organizmie człowieka jest najmniejsza, a która z kolei najtwardsza. Która najmniejsza, być może wiecie. Ale, która najtwardsza? Nie zgadł nikt. Najtwardsza jest… pięta!

Książka jest bardzo starannie wykonana. W formacie A4, w sztywnej oprawie, wydana na grubym matowym papierze. Koncentruje się na tym, co ukryte. Pełno w niej szczegółowych rycin. Prawie każda strona skrywa jakąś zagadkę – pod karteczką z wyrysowanym szkieletem kryje się rysunek zwierzęcia, do którego szkielet należy. Okazuje się, że przyporządkowanie kośćca do określonego gatunku, to nie lada wyzwanie.

Myślę sobie, że książka powinna być dostępna w każdej pracowni biologicznej, zaraz obok Kostka.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Moc akceptacji

Wiele razy pisałam o przyjmowaniu dziecka takim, jakie jest, o akceptowaniu jego indywidualności, emocji, przeżyć, słów i potrzeb. Mam jednak poczucie, że samo: „zaakceptuj” niewiele pomaga.
Nasuwa wiele pytań: Co to znaczy akceptować? Jak się to robi? Czy wszystko, co robi dziecko jest do zaakceptowania? Czy akceptacja nie utrudnia rozwoju? Czy nie sprawia, że dzieci nie będą miały motywacji, by się doskonalić? Postanowiłam poświęcić akceptacji osobny tekst. 

Akceptować, to znaczy przyjmować, uznać, pogodzić się z czymś. W praktyce akceptacja często polega raczej na niepodejmowaniu działania niż na działaniu. Akceptować to: nie manipulować, nie negować, nie naprawiać, nie lepić dziecka na kształt własnych marzeń lub oczekiwań. Akceptować to patrzeć na drugiego człowieka z życzliwością (czyli dobrze mu życząc) i pozwalać mu być tym, kim jest. Akceptować swoje dzieci, to ujrzeć je jako osoby, które lubimy. Jako młodych ludzi, którzy są OK, tacy jacy są – niepowtarzalni, kompletni, wystarczający.

Świadomość kilku spraw, może pomóc w przyjęciu bardziej akceptującej postawy wobec swoich dzieci:

Dzieci nie są kopiami swoich rodziców. Niby oczywiste, ale w praktyce, przyjęcie tego bywa trudne. Jeśli ja lubię spędzać czas w określony sposób, cenię sobie jakieś obszary lub zajęcia, przypuśćmy, mam zamiłowanie do minimalizmu, ograniczania ilości rzeczy wokół albo nie lubię robić nic na ostatnią chwilę, to nie oznacza, że każde z moich dzieci będzie miało tak samo. Być może któreś będzie pracowało najefektywniej wtedy, gdy zbliża się deadline, twórczymi zrywami, a nie codzienną mrówczą pracą. Być może zamiast redukowania liczby przedmiotów, będzie uprawiać sentymentalne zbieractwo. Może, przy mojej miłości do słowa pisanego, nie będzie lubiło czytać? Być może, mimo mojej łatwości w kontaktach miedzyludzkich, będzie kimś, kto woli zamówić pizzę online albo zrobić ją samodzielnie w domu niż dzwonić i rozmawiać z kimś obcym. Nie ma jednego patentu na życie. Nasze dzieci będą szukać swoich dróg, spójnych ze swoim potencjałem.
Zdarza się też, że tym to, co utrudnia nam akceptację, nie są wcale różnice, ale podobieństwa. Widzimy u dziecka jakąś cechę, której sami w sobie nie akceptujemy, albo która była źródłem trudności w naszym życiu i myślimy: tylko nie to! Brak akceptacji nie sprawi, że to, co ma podłoże w genach zniknie. Tłumaczenie i nauka na cudzych błędach, także nie. Na szczęście – dzieci nie są naszymi klonami, kopiami. Jeśli nakarmimy je zaufaniem do samych siebie, wyposażymy w umiejętności obchodzenia się ze swoimi emocjami, damy wsparcie w rozwoju samoregulacji, mogą poradzić sobie lepiej niż my.

Wpływ rodziców jest ograniczony. No dobrze – powie ktoś (wieem, że ktoś to powie) – A więc według ciebie mamy po prostu zaakceptować dzieci, takie jakie są? Nawet jak marnują swoje szanse i swój potencjał, nawet gdy krzywdzą innych lub siebie, nawet jeśli zupełnie nie zgadzamy się z tym co robią i jakie podejmują decyzje? A co z wychowaniem?
Piszę, że cenna jest akceptacja tego, kim dzieci są.

Od Agnieszki Stein uczę się, że warto być ostrożnym z ocenami i etykietami. Na to, jak zachowuje się dziecko w danej chwili ma wpływ bardzo wiele czynników: okoliczności, emocje, umiejętności, moment w rozwoju. „To, co widzimy w danej chwili, to nie jest cała prawda o dziecku: może ono się tylko zezłościło a nie jest agresywne, tylko rozlało sok a nie jest niezdarą” – napisała. Bardzo mi to bliskie.

Akceptacja nie oznacza braku wpływu. Jednak drogą do wpływu jest bezpieczna relacja i autentyczność we własnym działaniu, a nie nieustanne napominanie, moralizowanie, marudzenie, poprawianie, korygowanie, tłumaczenie, marszczenie brwi, dezaprobata, karcenie, odrzucenie czy warunkowanie miłości. Brak akceptacji jest bardzo kosztownym motorem do działania. Dzieci nabierają wtedy przekonania, że są w porządku, że są coś warte jedynie wtedy, gdy spełniają oczekiwania innych ludzi.
Warto też mieć świadomość, że nasz wpływ jako ważnych dla dzieci dorosłych jest ograniczony. W ważnych dla nas sprawach (również w obszarze światopoglądu i religii) nie do przecenienia jest postępowanie w sposób, który chcemy dzieciom przekazać, z wytrwałością, z entuzjazmem, z zaangażowaniem i autentycznością. To daje największą szansę, że dzieci zechcą coś z tego, co dla nas tak cenne przyjąć jako swoje. Pewności jednak, choćbyśmy pękli, nie mamy.

Bezwarunkowa akceptacja jest podstawą zdrowego rozwoju. Na niej buduje się poczucie wartości dziecka. Poczucie wartości składa się z dwóch komponentów: dobrej znajomości siebie i akceptacji tej wiedzy. Nie oznacza to wcale przekonania o własnej świetności, doskonałości, nieomylności. Wręcz przeciwnie, poczucie własnej wartości łączy się z przekonaniem, że również wtedy, gdy popełnię błąd, gdy coś mi się nie uda, gdy w jakiejś dziedzinie jestem obiektywnie słaba – zasługuję na szacunek, moja osobista godność może być dalej respektowana. Z takim przekonaniem najłatwiej stanąć w prawdzie, dlatego zdrowe poczucie własnej wartości jest najlepszym punktem wyjścia do rozwoju, do troszczenia się siebie samych i o innych, jaki można sobie wyobrazić. Poczucie własnej wartości naszych dzieci karmi się akceptacją, którą widzą w naszych oczach.

Aby kogoś akceptować, nie musi on być kryształowy. Akceptacja to właśnie świadomość tego, że mamy lepsze i słabsze dni, jaśniejszą i ciemniejszą stronę. Dlatego Ty też możesz akceptować swoje dziecko. Także to, które ma problemy rozwojowe, z którym bywa trudno Tobie lub innym, któremu jest trudno samemu ze sobą. Akceptacja służy nie tylko dziecku, ale i rodzicowi. Redukuje frustrację. Sprawia, że przestajemy walczyć. Uwalnia, otwiera serce.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Wrażliwe dzieci

Jest grupa dzieci, około 15-20 procent populacji, które można określić jako “wysoko wrażliwe”. Nie jest to grupa jednorodna. Pomiędzy wrażliwymi dziećmi występują duże różnice indywidualne. Dzieci wysoko wrażliwe, aby dobrze funkcjonować potrzebują dobrych, dostosowanych do ich potrzeb warunków. Oczywiście, wszyscy ludzie, by rozwijać się na miarę swoich możliwości także potrzebują optymalnych warunków, z tym że w przypadku wysoko wrażliwych, te widełki są szczególnie wąskie.

Na przykład: chętnie jedzą, gdy jedzenie jest im znane, odpowiednio przyrządzone, doprawione i podane. Gdy wokół nie ma zbyt wielu osób, gdy jedzenie nie jest podane w obcej kuchni lub na nieznanej zastawie. Rozpoznają zmianę zapachu, przyprawy, konsystencji, brak lub zamianę któregoś z produktów.

Elaine Aron, autorka książki „Wysoko wrażliwe dziecko” (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 2017), badaczka wrażliwości wyróżnia cztery aspekty wysokiej wrażliwości:
Głębokie przetwarzanie – osoby wysoko wrażliwe dostrzegają, zauważają więcej i głębiej analizują informacje. Ten proces nie musi zachodzić świadomie. Dzieje się to zarówno na poziomie umysłu, jak i ciała (są bardziej podatne na ból i działanie leków, skłonne do alergii, a ich układ odpornościowy jest bardziej reaktywny).
Łatwość ulegania przestymulowaniu – dzieciom wysoko wrażliwym przeszkadza to, czego niżej wrażliwe dzieci nawet nie zauważają: hałas, faktura, struktura, metki, przyprawy, zapach, zmarszczenie brwi, „nowość” sytuacji. Ponieważ takich dzieci jest znacznie mniej niż mniej wrażliwych, ich reakcje i sposoby radzenia sobie mogą wydawać się otoczeniu dziwne, przesadzone, nieadekwatne.
Bardzo poruszył mnie fragment, w którym autorka opisuje strategie stosowane przez wysoko wrażliwe dzieci, by radzić sobie z przestymulowaniem. Fragment ten wyjaśnia, nadaje sens różnym zachowaniom, czasem po prostu nietypowym, innym razem trudnym lub wręcz niepokojącym:

Wysoko wrażliwe dzieci mogą postanowić, że chcą się bawić same, przyglądać się spokojnie zza linii bocznych boiska, jeść tylko znane sobie potrawy, siedzieć w jednym pokoju, nie wychodzić z domu albo wyjść i przebywać tylko w jednym miejscu. Mogą nie chcieć się odzywać przez kilka minut, godzin, dni, a nawet miesięcy do dorosłych, obcych lub podczas lekcji. Albo mogą unikać typowych dziecięcych form aktywności, takich jak udział w letnim obozie, gra w piłkę, chodzenie na imprezy czy umawianie się na randki. Pewne wysoko wrażliwe dzieci wpadają w szał i wściekłość, aby uniknąć tego, co je irytuje lub przytłacza, albo w reakcji na rzeczy irytujące czy przytłaczające. Inne starają się nie być dla nikogo najmniejszym problemem, są więc posłuszne i mają nadzieję, że nikt ich nie zauważy ani nie będzie od nich niczego więcej oczekiwał. Jeszcze inne siedzą przyklejone do ekranu komputera albo cały dzień czytają, tworząc swój mały świat. 

Reaktywność emocjonalną połączoną z dużą empatią – oznacza to, że nie obce są mu silne reakcje emocjonalne. Charakterystyczna jest też wrażliwość na przeżycia i emocje innych ludzi, szczególnie na ich stres i cierpienie.
Wyczulenie na subtelne bodźce – to ta cecha sprawia, że dzieci są wrażliwe na każdą, nawet najmniejszą oznakę naruszenia ich integralności, na brak akceptacji, afront, zmianę tonu głosu. Ale także na nowy smak, na przyjemne i przykre zapachy, na zmiany, których my nawet nie dostrzegamy.

Przy czym, warto wiedzieć, że empatia, czy wyczulenie na napięcie w relacji z drugą osobą (np. z rodzicem) nie sprawia, że dziecko jest w stanie współpracować czy wspomóc kogoś. Często doświadcza bardzo silnie tego, co przeżywa druga osoba lub co dzieje się w relacji i w efekcie samo potrzebuje zostać zaopiekowane. Możemy więc odczuwać, że dziecko odbiera, czuje co się z nami dzieje a mimo wszystko nie podejmuje współpracy. Wynika to nie tyle z braku chęci, co raczej z braku możliwości.

Nie jesteśmy temu winni – wysoka wrażliwość nie jest konsekwencją wychowania
„Ona jest taka dlatego, że na za dużo jej pozwalasz”, „To przez Waszą nadopiekuńczość/ zbyt długie karmienie piersią/ współspanie”, „Nie możecie się tak trząść nad tym dzieckiem, bo nie poradzi sobie w życiu” – to komentarze, które słyszy wielu rodziców wysoko wrażliwych dzieci. Ich dzieci określane są jako: nieśmiałe, wstydliwe lub kapryśne. Rodzice zazwyczaj robią bardzo wiele, by wyjść naprzeciw ich potrzebom. Nie dlatego, że nie potrafią inaczej, że je rozpieszczają ani nie dlatego, że te dzieci nimi rządzą. Oni po prostu wiedzą, że bez uwzględniania potrzeb ich dzieciom będzie bardzo trudno, że łatwiej stanąć na głowie, by je uwzględnić niż ponosić konsekwencje nieuwzględnienia. Znają swoje dzieci i wiedzą, że to, co się z nimi dzieje jest prawdziwe. Dyskomfort nie jest udawany, nie jest kaprysem ani manipulacją, które przy odrobinie konsekwencji i stanowczości dałoby się przełamać.
Wysoka wrażliwość ma przede wszystkim podłoże genetyczne. Jeśli więc rodzi się dziecko wysoko wrażliwe, ono będzie tę wrażliwość niosło przez życie. Nie zmienimy tego ani dobrą ani złą opieką, treningiem, stanowczością, brakiem akceptacji. Wysoka wrażliwość nie jest czymś, na co mamy wpływ. To, co my, jako towarzyszący dorośli możemy zrobić, to wspierać dziecko i pokazywać mu sposoby na zarządzanie emocjami, samoregulację, na to by mogło lepiej siebie „obsługiwać”. Według mnie podstawą jest tu akceptacja. Akceptujący rodzic, daje dziecku sygnał: „Słyszę, jak Ci jest i ufam Ci. To się zdarza. Niektórzy tak właśnie mają. Można sobie z tym poradzić. Pomogę Ci sobie radzić”.

Mamy wiele do zrobienia
Chociaż na samą cechę wysokiej wrażliwości nie mamy wpływu, to jako rodzice czy nauczyciele wysoko wrażliwego dziecka mamy ogromnie dużo do zrobienia. Okazuje się, że wysoko wrażliwe dzieci, którym stworzono odpowiednio dobre warunki, mogą funkcjonować nawet lepiej niż te mniej wrażliwe. Badania Elaine Aron pokazują, że to głównie od wychowania zależy, czy ekspresja wrażliwości będzie źródłem korzyści, czy też lęku. Wrażliwość stanowi potencjał. Najważniejsze, by zaufać, że z wysoko wrażliwymi dziećmi ani z ich rodzicami nie jest nic “nie tak”. One po prostu mają swój specyficzny sposób postrzegania świata i analizowania tych spostrzeżeń. Za wysoką wrażliwością kryją się: empatia, refleksja, podejmowanie głębokiego namysłu, kontakt ze sobą, odwaga podążania za sobą, niestandardowy sposób myślenia, dostrzeganie detali i odczytywanie zależności między nimi. By ten potencjał mógł się realizować, potrzebne jest bezpieczne środowisko. Mniej wrażliwe dzieci skorzystają z dobrego środowiska, ale poradzą sobie też w tym mniej dostosowanym.

Kluczową rolę gra akceptacja, o której napisałam już wyżej. Przed rodzicami wysoko wrażliwych dzieci stoi też zadanie bycia ich rzecznikiem, wobec innych dorosłych, nauczycieli, cioć, wujków, dziadków, często także wobec specjalistów. Mam tu na myśli „podawanie dalej” zaufania odnośnie tego, że dziecko jasno sygnalizuje czego potrzebuje i co mu służy, dbanie o to, by było traktowane poważnie i brane pod uwagę, bycie „tłumaczem” pomiędzy dzieckiem a otoczeniem.

Wiem, że towarzyszenie wrażliwemu dziecku jest czasem jak rollercoaster, że bywa przytłaczające, wyczerpujące. Że chciałoby się łatwości, żeby drobne (z naszej perspektywy) rzeczy nie urastały do rangi problemów, dzień po dniu te same lub co dzień nowe. Pomaga mi świadomość, że ono nie przesadza, nie dramatyzuje, nie histeryzuje, nie manipuluje, nie lekceważy.
Ono dostrzega, czuje, przeżywa, doświadcza więcej, mocniej i głębiej.
A to, co ja z tym zrobię, naprawdę ma znaczenie.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Co warto czytać dzieciom – „Jano i Wito w trawie”

Tym tekstem otwieram wymarzoną już od dawna serię wpisów poświęconą ważnym dla mnie książkom i książeczkom. Często inspiruję się internetowymi recenzjami i zestawieniami, więc z chęcią dorzucę swoje odkrycia. Będzie o książkach dla dzieci i dla rodziców. Dla najmłodszych (0-3), przedszkolnych i starszych dzieci. Ze względu na zróżnicowany wiek moich dzieci, interesują mnie teraz bardzo różne książki. Szczególnie zachłannie spoglądam w kierunku książek dla niemowląt i małych dzieci. Od czasu, gdy moi synowie z nich wyrośli pojawiła się ich cała masa.

Wybierając książeczki dla dzieci, staram się podążać nie tylko za ich zainteresowaniami, ale także za swoim wyczuciem. Starannie dobieram to, czym je karmię. Po części dlatego, że widzę literaturę właśnie jako pokarm, mam świadomość, że te lektury w jakiś sposób ich kształtują. Ale robię to także… dla siebie samej. Jeśli mam jakąś książkę czytać kilkadziesiąt razy lub kilkadziesiąt minut dziennie, chcę by sprawiało mi to przyjemność. By mnie ciekawiło,  poruszało, bawiło. By było piękne, ważne lub dowcipne. Wtedy jestem autentycznie zaangażowana w to, co czytam.

Dawno nie byłam tak podekscytowana odkryciem książkowym, jak wczoraj, gdy przeczytałam po raz pierwszy “Jano i Wito w trawie” Wioli Wołoszyn z ilustracjami Przemka Liputa (Mamania 2017). To książka do czytania z najmłodszymi czytelnikami, wspierająca rozwój mowy. Takiej właśnie szukałam.

Jest piękna. Strony wypełnione bielą są jasne i przejrzyste. Lekkie. Ilustracje oddają charakter opowieści.
Jest w niej tajemnica.
Jest opowieść, która intryguje i wciąga tak, że nie chce się od niej odrywać aż do samego końca. A gdy skończyłam czytać, miałam ochotę zacząć od nowa.
Jest niespodzianka – jeden przedmiotów na ilustracji ma inną teksturę. Można go więc nie tylko oglądać, ale i poczuć pod palcami. Moje dziecko odkryło to przede mną. Lubię takie ukryte detale. Dotykanie książek jest dla niemowląt chyba jeszcze ważniejsze od ich słuchania i oglądania.

Jano i Wito znajdują kamień, który sprawia, że stają się całkiem maleńcy. Wszystko wokół staje się baardzo duże. Aby powrócić do domu, chcą znowu dotknąć kamień. Żeby jednak to zrobić, trzeba go najpierw znaleźć.

Autorka, Wiola Wołoszyn, jest logopedą. I ten fach w książce czuć. Opowieść daje wiele okazji do stymulujących rozwój mowy: ćwierkania, cykania i kicania. Potrzebna mi była taka inspiracja, a mała czytelniczka była absolutnie zachwycona.

I jeszcze coś: Jeśli macie w domu dzieci, które uczą się czytać, warto im tę książkę podsunąć. Wiele wskazuje na to, że będzie dla nich frajdą.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

Bliskość i autyzm

Praktykowanie rodzicielstwa bliskości w stosunku do dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu budzi wiele wątpliwości. Czy można, czy warto, czy to się nie wyklucza? Czy wykonalne, czy działa, czy nie zaszkodzi? I wreszcie: czy to się komuś w ogóle udaje.

Często to właśnie od Was, rodziców dzieci ze specjalnymi potrzebami, możemy się uczyć, czym jest wrażliwość na dziecięcą indywidualność i wychodzenie jej naprzeciw. Wiem, że Wam szczególnie trudno iść tą ścieżką. Nie tylko dlatego, że Wasze rodzicielstwo jest pełne wyzwań, ale i dlatego, że często słyszycie głosy, że dzieci ze spektrum potrzebują konsekwencji, powtarzalności, sztywności, motywacji zewnętrznej. Postanowiłam więc napisać o tym, dlaczego rodzicielstwo bliskości to opcja dla rodziców dzieci z autyzmem i zaburzeniami ze spektrum autyzmu.

  1. Rodzicielstwo bliskości to taki styl budowania relacji w rodzinie, który opiera się na przekonaniu, że każdemu należy się jednakowy szacunek – niezależnie od tego, ile ma lat, jakie ma umiejętności, problemy czy ograniczenia. Autyzm nie musi być powodem, by rezygnować z relacji opartych na podmiotowości i głębokim szacunku. Każdy jest ważny, taki jaki jest, każdego chcemy uwzględnić z jego potrzebami i indywidualnością. Rodzicielstwo bliskości to właśnie wrażliwość na to, że ludzie się różnią, ale w tych różnicach chcą budować wspólną codzienność. To akceptacja. Dzieci z autyzmem także porzebują akceptacji i bezwarunkowej miłości, by bezpiecznie wzrastać i budować poczucie własnej wartości.
  2. Cały kawał rodzicielstwa nie dotyczy wcale dziecka, ale rodzica. Rodzicielstwo to rozwój, to zdobywanie wiedzy o sobie samych, poznawanie swoich granic, pragnień i potrzeb. To poszukiwanie odwagi do bycia autentycznymi. Z tej perspektywy każdy z nas ma do zrobienia swoją pracę, pracę nad sobą. Nieważne, ile mamy dzieci ani z jakimi trudnościami one się mierzą. By być gotowym do objęcia przewodnictwa, przywództwa, potrzebujemy dobrej relacji sami ze sobą, byśmy mogli podejmować świadome decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Rodzicielstwo bliskości wspiera rodziców w poznawaniu siebie, w byciu w kontakcie ze swoimi potrzebami, w poszukiwaniu skutecznych sposobów komunikowania się z innymi.
  3. Empatii uczymy się wtedy, gdy doznajemy empatii. Nie wtedy, gdy jesteśmy karani za zachowania, które ktoś chce wyeliminować ani nagradzani za te, które ktoś uznał za pożądane. Wtedy uczymy się sprytu albo przetrwania. Empatii i regulacji emocjonalnej uczymy się, gdy ktoś stara się odczytać wysyłane przez nas sygnały i adekwatnie na nie zareagować. Gdy nazywa naszą złość, frustrację, radość i smutek i pozostawia przestrzeń na to, by wybrzmiały. Gdy nazywa i okazuje swoje emocje. Gdy objaśnia nam emocje innych. Skutek nie jest natychmiastowy. To nauka na lata. Czasem mam wrażenie, że od dzieci z autyzmem, które poddane są terapii ukierunkowanej na radzenie sobie z emocjami i odczytywanie emocji innych ludzi, oczekujemy efektów tu i teraz. A przecież i u dzieci, które nie mają takiej diagnozy, mózg dojrzewa aż do dorosłości. Przecież i one nie są w stanie same, bez cierpliwego wsparcia dorosłego, regulować swoich stanów emocjonalnych. By te części mózgu, które odpowiadają za hamowanie i kontrolę reakcji emocjonalnych mogły współpracować efektywnie częściami, w których to pobudzenie powstaje, potrzebne jest wsparcie, towarzyszenie, empatia doświadczana dzień po dniu. Potrzebny jest też czas. Rodzicielstwo bliskości nie działa. Nie sprawi, że dziecko z dnia na dzień przestanie mieć swoje specyficzne trudności. Ono nie ma działać. Kary i nagrody, nagany i pochwały działają (w najlepszym wypadku) tylko pozornie – tylko na powierzchni, na poziomie zachowania. To niestety wiąże się ze wzmacnianiem motywacji zewnętrznej i ograniczaniem motywacji wewnętrznej.
  4. Rodzice zastanawiają się też, czy podejście oparte o akceptację i współpracę w domu nie będzie kłóciło się z metodami stosowanymi przez przedszkole/szkołę/na terapii. Nie wszyscy rodzice mają wybór, nie wszyscy mogą poszukiwać świadomej szkoły albo niedyrektywnej terapii (choć szukać warto). Na szczęście, dla dzieci najważniejsza jest relacja z najbliższymi osobami. To w ich oczach się przeglądają. Satysfakcjonujące, pełne życzliwości i wsparcia relacje w rodzinie pozwalają lepiej sobie radzić z tym, co spotyka dzieci w świecie. Poczucie: “jestem OK, taki jaki jestem”, daje siłę, by nie konfrontować się stale z ocenami innych. Nie warto im tego odbierać w imię ujednolicenia. Dom to nie szkoła, dom to nie terapia. Dom to bezpieczna przystań, w której można wzrastać i do której można wracać, by znaleźć równowagę.
  5. „Czy są tacy rodzice, którzy to potrafią?” Takie pytanie zadała mi jedna mama. Rodzicielstwo bliskości to nie jest takie rodzicielstwo, w którym wszystko się udaje. Nie wiem, czy można coś w rodzicielstwie potrafić raz na zawsze. Tak zerojedynkowo. To jest taki skill, nad którym się nieustannie pracuje. Dziś coś działa, jutro nie. Dziś zdołam, jutro się potknę. I to jest w porządku. Dzieci nie potrzebują idealnych rodziców, ale rodziców z krwi i kości, którzy pokażą im, że można się pomylić, podjąć nietrafioną decyzję, wziąć za nią odpowiedzialność i iść dalej. Można się rozwijać, starać, szukać nowych dróg komunikacji a w chwili, gdy zawładną nami silne emocje i tak wrócić do sprawdzonych, starych sposobów reagowania. A potem, zamiast pluć sobie w brodę, znowu się rozwijać. Wiem, że są wśród Was rodzice, od których możemy się uczyć akceptacji dzieci, takich jakie są i ich ograniczeń. Taka akceptacja to niesamowity początek relacji, która karmi obie strony.

Akceptacja to temat sam w sobie wart oddzielnego artykułu. Chcecie?

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

 

„Jak było w szkole?”, czyli o rodzicielskich próbach ciągnięcia za język

„Okej”, „dobrze”, „normalnie”, „nawet fajnie”, „spoko” – odpowiadają dzieci. A rodzice opowiadają, że im bardziej dopytują, tym większy opór napotykają ze strony dzieci. Jak rozmawiać z dziećmi, żeby chciały się dzielić swoim światem, opowiadać o swoich doświadczeniach i… co najważniejsze, by były gotowe przyjść poprosić o wsparcie, gdy tego potrzebują.

Intencja ma znaczenie

Ważna jest intencja rodzica, czyli to, by nie pytać z „ciekawskości”, ale z ciekawości. Z ciekawości dziecka i chęci bycia z nim w tym, co dla niego ważne. Dzieci bardzo często odbierają pytanie „Jak było w szkole?”, jako chęć kontroli (i pewnie nierzadko mają rację).  Wyczuwają, że rodzicowi chodzi raczej o informacje: “czy zjadłeś, czy byłeś grzeczny i co masz zadane do domu?” a nie o to, jak dziecku faktycznie w szkole było.

Warto zadać sobie pytanie: jaki jest mój cel? Czy interesuje mnie to, jak moje dziecko się czuło, czego doświadczyło? Czy mam otwartość, by przyjąć to, co powie, także o nudzie lub trudzie? Moment pójścia dziecka do szkoły to czas, kiedy tracimy kontrolę. Rodzic, siłą rzeczy, przestaje być na bieżąco z każdą chwilą jego życia. Pozostaje nam tylko to, czym zdecyduje się z nami podzielić. Nie próbujmy więc wiedzieć wszystkiego, bo to z rozmowy robi przesłuchanie.

Kontakt

Dyspozycyjność, otwartość, bycie w kontakcie – to wszystko, co sprawia, by dziecko wiedziało, że może przyjść, gdy będzie potrzebowało podzielić się czymś trudnym, albo radosnym, albo czymś, do czego samo jeszcze nie wie, jaki ma stosunek.

Nasza otwartość daje dziecku pewność, że zostanie przyjęte z tym, z czym przyjdzie.  Szczególnie warto uważać na krytykę, bo ona niszczy kontakt i buduje strach przed byciem odrzuconym.

A jak reagować, gdy to, co słyszymy nam się nie podoba, niepokoi nas, smuci, martwi? Można chwilę pooddychać, zanim jakkolwiek zareaguje się na dziecięce rewelacje. Nasze silne emocje, zamartwianie się też są obciążające dla dziecka. Pozwólmy sobie po prostu słuchać. Nie musimy reagować od razu, szukać rozwiązań, to nie ucieknie. Zbyt wczesne przejście do poszukiwania rozwiązań może, paradoksalnie, sprawić, że dziecko nie poczuje się wysłuchane, uwzględnione, przyjęte z tym, co jest dla niego trudne. Najpierw przyjmijmy dziecko z tym, z czym przyszło. Dajmy empatię, nazwijmy co słyszymy. Zdążymy zareagować później, jutro, za chwilę, jeśli po ochłonięciu nadal będziemy uważali, że to niezbędne.

Do tego, by pojawił się klimat do rozmów trzeba czasu. Czasu spędzanego razem, w bezpiecznej atmosferze, przepełnionego uważnością i poczuciem bezpieczeństwa. To dlatego dzieci chętnie rozmawiają z dorosłymi o tym, co dla nich ważne podczas wspólnej zabawy, projektów artystycznych, spacerów, układania klocków albo podczas wieczornego usypiania.

Dzielenie się życiem

Niezastąpiony jest klimat rodzinny, w którym się rozmawia, w którym dzielimy się życiem. By go budować, możemy słuchać tego, co mówi dziecko, ale i wnosić to, co nam się przydarza. Dzieci chcą być z nami w kontakcie, chcą być dla nas ważne. Rozmowa o wyzwaniu, któremu stawiliśmy czoła w pracy, albo o tym, co dla nas dziś było dobre, ważne, emocjonujące, pomaga taki klimat tworzyć. Opowiadanie o swoim świecie to obdarowywanie i szansa na to, by dać się dziecku poznać.

Jednym ze sposobów  na budowanie takiego kontaktu jest rodzinna wieczorna runda, w której każdy (w wolności), np. przy herbacie albo przy usypianiu odpowiada na to samo pytanie; “Najmilszym co mi się dziś zdarzyło to”, “Najważniejszą chwilą dnia było dla mnie…”. To może być furtka do mówienia o tym co ważne i miłe, ale i trudne, przykre, stresujące.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

 

Czego potrzebują dzieci po szkole?

Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, wrzesień, kojarzy mi się z czystymi zeszytami, zapachem drewnianych kredek i miękkim, jesiennym słońcem. Wrzesień jest w szkole wyjątkowy. Czynią go takim naładowane baterie, wciąż jeszcze późne zachody słońca i radość, płynąca z wkraczania w kolejny etap. Listopad, to już wspomnienie krótkich dni, zmęczenia i obitego jabłka jedzonego gdzieś na korytarzu w przerwie między lekcjami.

Teraz prowadzę do szkoły swoje dziecko, dbam o czyste zeszyty i zapach kredek w jego piórniku, wiedząc że czeka je tam i entuzjazm, i radość, i przyjaźń, i stres, i zmęczenie. Dbam o to, by szkoła nie była całym życiem. By szkoła była szkołą, a dom był domem.

Początek roku szkolnego to dobry czas na refleksję nad tym, w jaki sposób zadbać o dziecko po szkole. Dziś będzie więc o tym, czego potrzebują dzieci po ostatnim dzwonku i co możemy zrobić, żeby się o nie zatroszczyć.

4 rzeczy, których dzieci potrzebują po szkole:

  1. Autonomii

Zajęcia szkolne to kilka godzin funkcjonowania w sztywnej strukturze. Trzeba zdążyć na czas, nierzadko wypełniać polecenia nauczyciela, postępować zgodnie z ustalonym z góry planem lekcji. Trzeba uwzględniać potrzeby innych dzieci i całej grupy, wychodzić naprzeciw oczekiwaniom dorosłych (lub ponosić konsekwencje niewychodzenia im naprzeciw).

Po szkole dzieci jak powietrza potrzebują autonomii. Mam na myśli możliwość decydowania o sobie, dokonywania wyborów, podążania za tym, co w danej chwili jest dla nich ważne. Oczywiście, najlepiej byłoby, żeby zakres tej autonomii także w szkole uległ poszerzeniu, ale na to mamy niewielki wpływ. Mamy natomiast wpływ na to, co dzieje się w naszym domu i w naszej relacji.

Trwogą napawają mnie takie pomysły, by czas po szkole jak najmocniej ustrukturalizować, by była przewidywalność, jasność i porządek, które zapewnią sprawny przebieg popołudnia lub wieczoru.

(źródło: http://heatherednest.com/after-school-routine-clock-diy-for-parents/)

W takiej organizacji brak miejsca na elastyczność, decydowanie o sobie, na to, by dziecko mogło uczyć się samodzielnie wypełniać sobie czas, tym, co dla niego ważne, na odpoczynek, wspólne aktywności, relacje sąsiedzkie lub z rodzeństwem, na nudę. Wygląda na to, że taka dowolność pozostawiona jest dziecku przez godzinę dziennie. To stanowczo za mało, by odreagować, zregenerować się i być gotowym na współpracę z dorosłymi kolejnego dnia (jeśli nie ma się to odbywać kosztem samego siebie).

  1. Odpoczynku

Brzmi, jak oczywistość, a jednak to napiszę: każde dziecko potrzebuje odpoczynku. Każdego dnia, nie tylko w weekend. W ciągu semestru, a nie tylko w przerwie świątecznej. Szeroka oferta atrakcyjnych zajęć dodatkowych, wraz z intencją rodziców i pedagogów, by jak najlepiej zadbać o dziecięcy rozwój, sprawiają, że bardzo duża część dzieci jest tydzień po tygodniu przebodźcowana, przemęczona, przytłoczona ilością ustrukturalizowanej edukacji. Ma to wpływ na ich samopoczucie, obniża poziom funkcjonowania podczas zajęć szkolnych, a nierzadko prowadzi także do pojawienia się symptomów psychosomatycznych (zaburzenia apetytu, bóle głowy, brzucha) i wzmożonego napięcia emocjonalnego.

Często same te zajęcia oraz sposób w jaki są organizowane, naprawdę są wartościowe i mogą mieć korzystny wpływ na rozwój osobowości dziecka, rozwijanie zainteresowań, umiejętności i pasji. Tylko dlaczego proponujemy je dzieciom dopiero jako drugi etat? Czemu gimnastyka, robotyka, bajkoterapia czy ciekawe, szycie, gotowanie, innowacyjne zajęcia twórcze nie zostaną włączone do podstawowej oferty edukacyjnej w szkołach? Przecież, szczególnie w pierwszych latach nauki, podstawa programowa może być realizowana właśnie podczas takich aktywności.

Nie zawsze „im więcej tym lepiej”. Potrzeba odpoczynku, potrzeba zabawy i kontaktu z bliskimi mają po szkole najwyższy priorytet. Jeśli więc chcemy oferować dzieciom zajęcia dodatkowe, to róbmy to z umiarem i uwzględnieniem preferencji i potrzeb dzieci.

  1. Kontaktu

Rodzice pytają czasem, co można zrobić, żeby dziecko bez protestu, samodzielnie odrobiło pracę domową albo wypełniło jakieś inne obowiązki, kiedy wraca po szkole do domu. Najlepiej bez ociągania, bo przecież trzeba zrobić to, co ma się do zrobienia, żeby mieć to z głowy (czytaj: „aby rodzic miał to z głowy” – znam tę motywację, mi też się uruchamia) / bo jest już tak późno, że nie ma czasu, żeby to odsuwać. Pytają też o to, dlaczego dzieci nie chcą robić tego samodzielnie. Mówią: „Chce, żebym nad nim siedziała, a to przecież jego zadanie domowe, nie moje”.

Jeśli dzieci chcą, by rodzic asystował im podczas wykonywania pracy domowej, którą byłyby w stanie rozwiązać samodzielnie, to zazwyczaj dlatego że poszukują kontaktu. Załóżmy, że plan jest taki: poranek w pośpiechu, szkoła, świetlica/zajęcia dodatkowe, powrót do domu po 17, odrabianie lekcji. Gdzie jest przestrzeń na to, by po prostu pobyć razem? Jeśli nie da się pobyć razem bez lekcji, to dzieci wezmą to w pakiecie z lekcjami. Warto też sprawdzić, czy dziecko odrabia lekcje dla siebie, motywowane swoim zamiarem, czy też dla rodzica. Jeśli robi to dla rodzica – wyjaśnia to, czemu chce, by rodzic także był w to zaangażowany.

Warto znaleźć czas na autentyczny kontakt. Na to by pobyć razem wokół tego, co dla nas ważne. Dzieci zapraszają do kontaktu w różny sposób: proponując zabawę, opowiadając, tuląc się, narzekając na nudę, albo… sprawiając trudności. Zaspokojenie potrzeby kontaktu nie tylko buduje relację, ale także pozwala dzieciom zredukować napięcie, wrócić do równowagi i sprawia, że są chętniej współpracują.

  1. Ruchu

Dzieci potrzebują ruchu. Aby ją realizować, nie potrzeba specjalnych zajęć (choć to też jeden ze sposobów). Wystarczy przestrzeń, natura, swobodna zabawa, by wybiegać energię, rozładować napięcie związane z codziennymi obowiązkami, sprawdzać i doświadczać możliwości swojego ciała i pozwolić oczom patrzeć na perspektywę szerszą niż ta, jaką daje szkolna sala. My, dorośli, gdy chcemy się poruszać, często mamy pomysł, by to był konkretny trening. Dzieciom wystarczy plac zabaw, podwórko, rower, piłka, hulajnoga, towarzystwo innych dzieci lub dorosłych. Jak dodamy do tego bezpieczeństwo i swobodę, mamy wszystko czego trzeba.

Może więc wybrać bieganie po szkolnym boisku w godzinach świetlicy lub wspólne wyjście na basen, zamiast drugiego języka czy treningu pamięci?

O wiele większe korzyści, dla równowagi emocjonalnej, zdrowia fizycznego i psychicznego, a w konsekwencji także dla rozwoju poznawczego, może dać raczej rezygnacja z zajęć niż ich przedawkowanie.

 

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.

 

Love hurts, czyli dlaczego dzieci się kłócą

Jeden drugiemu przyłożył w czoło kaloszem.
Drugi pierwszego ochlapał. Przedrzeźniał. Wyprzedził. Zbił.
W obronie własnej. A może w obronie własnego zdania. Albo profilaktycznie. Dla zasady, dla równowagi, z przyzwyczajenia, w afekcie.
Na żarty. Na serio. Na ostro.

W domu, w którym jest więcej niż jedno dziecko, kłótnie to codzienność. Wczoraj rano piski podczas śniadania, w kwestii wyjaśniania sobie, kto jest bardziej głodny i komu należy się największy naleśnik (mimo dostatku, a więc całej sterty piętrzącej się na stole) osiągały takie częstotliwości, że spodziewałam się wizyty dzielnicowego. Mam strategie na takie chwile, która pozwala mi zredukować własne napięcie wokół sprawy: zamykam okno.

W dziecięcych sprzeczkach zadziwiają mnie zawsze dwie rzeczy: intensywność i to, jak szybko przemijają bez śladu. Dorośli, którzy wykrzyczeliby ku sobie takie słowa albo okazali sobie podobne gesty, do tych, którymi w swoich kłótniach posługują się dzieci, godzinami lub całymi dniami lizaliby rany. Zachwyca mnie to, jak dzieci, po wykrzyczeniu wszystkiego, co jest do wykrzyczenia, po zmęczeniu fizyczną i emocjonalną przepychanką, po tym jak rozładują napięcie, ramię w ramię idą się bawić. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy ktoś dorosły okaże im empatię. I gdy dorośli nie przeszkadzają.

Pisząc o przeszkadzaniu, mam na myśli to, że dorośli często przypisują kłótniom między rodzeństwem większą wagę, niż one same. Wynika to z przekonania czy obawy, że skoro dzieci się kłócą, skoro wypowiadają do siebie raniące słowa lub nieprzyjazne gesty, coś złego dzieje się z ich relacją. Popularna jest wizja dobrego rodzeństwa, jako takiego, które jest zgodne, potrafi bawić się razem i wzajemnie się o siebie troszczy. Cały czas. Jeśli takie przekonania przekazujemy naszym dzieciom, mówiąc: „Nie kłóćcie się, przecież się kochacie”, albo „Brat bratu tak nie robi”, „Popatrz, co jej zrobiłeś”, „Nie mogę patrzeć na to, jak się kłócicie”, „Smuci mnie to, że jak do siebie mówicie”, dzieci mogą odnieść wrażenie, że z ich relacją rzeczywiście coś jest nie w porządku. Warto jednak mieć świadomość, że my, dorośli, przypisujemy większą wagę do tych kłótni i sprzeczek, niż sami zaangażowani. Dlatego dziś tekst o tym, dlaczego dzieci się kłócą, w którym chcę pokazać, że kłótnie są dla dzieci sposobem na budowanie a nie niszczenie relacji.

Dzieci się kłócą, bo:

1. Ich relacja jest żywa
Rodzeństwa się kłócą. Nie kłócą się głównie te dzieci, między którymi nie ma relacji lub ta, która jest, jest wątła. Jeśli jesteśmy tak daleko, że nie mamy ze sobą wiele wspólnego, nie ma między nami tarć. To tak, jak w związkach osób dorosłych. Póki coś iskrzy, póki się na siebie wściekamy, póki to, co robi jedno, potrafi drugie dotknąć, nasza relacja jest żywa. Nie ma trudniejszego punktu wyjścia w terapii małżeńskiej niż obojętność, mówią psychoterapeuci.  Czasem większy spokój w relacji zapewnia też duża różnica wieku między dziećmi, która powoduje, że jedno z nich dysponuje lepszymi mechanizmami regulacji emocji albo przyjmuje wobec drugiego postawę opiekuńczą. Oczywiście dynamika relacji zależy także od temperamentu dzieci i wzorców, które obserwują. Są takie, którym łatwiej będzie żyć we względnej równowadze i takie, między którymi wciąż kipi.

Dzieci nie kłócą się także wtedy, gdy brak im poczucia bezpieczeństwa, czasowo lub stale. Wspominamy z mężem czas, kiedy na początku roku kilka tygodni leżałam na oddziale patologii ciąży. Opiekę nad starszymi dziećmi wraz z tatą objęli wtedy nasi rodzice. Dzieciaki były wtedy doskonałej komitywie: byli nierozłączni, wspierali się, ucichły spory o średnicę naleśników, wyścigi i przepychanki. Ich ciała mówiły: „Trzymamy się razem”.

Biorąc to pod uwagę, świętuję kłótnie moich dzieci. Love hurts! Jest miłość, jest gorąco.

Są kłótnie, jest bezpiecznie.

2. Ich mózgi są niedojrzałe
Spędzanie długich godzin lub całych dni z drugą osobą, dzielenie z nią przestrzeni, a nawet i rodziców, daje wiele okazji do przeżywania frustracji. Kto ma coś z dziećmi wspólnego, ten wie, że towarzyszenie im we frustracji wymaga dużej cierpliwości, nierzadko paru głębszych oddechów (a w świecie idealnym, dostępności drugiego dorosłego, który okaże nam empatię). Dzieci nie dysponują takimi strategiami, a ich mózg nie jest jeszcze gotowy, by samodzielnie regulować emocje. Dlatego frustracja eskaluje, dzieci wzajemnie zarażają się swoją irytacją, złością, bólem. Kłótnia może też być sposobem na wyładowanie napięcia, które nagromadziło się w relacji.

3. Uczą się dbać o swoją autonomię i dowiadują, gdzie leżą granice innych
Są rodzeństwem, ale każdy z nich jest odrębny. Każdy ma swoje granice i w kontakcie z drugą osobą bardzo skutecznie dowiaduje się, gdzie one leżą. Kłótnie rodzeństwa to doskonały trening w rozwoju świadomości granic, z dwóch różnych perspektyw. Spędzając czas z drugim, dowiaduję się więcej o sobie. Widzę, co mnie dotyka, co budzi mój sprzeciw, co lubię, a czego nie chcę. Obserwując reakcje brata lub siostry, tego samego uczę się o nim i o dynamice relacji w ogóle. Mam szansę przeżyć tysiące konfliktów, sprawdzić, jakie reakcje wywołuje moje działanie, doświadczyć swojej sprawczości i zetknąć się z bezsilnością. Czy to nie moc?

4. Rywalizują o miłość rodziców
To wyjaśnienie, które podaje Jesper Juul. Ja myślę, że z tym może być różnie. Bardzo dużo zależy według mnie od tego, jak rodzice kształtują relacje rodzinne i relację z każdym z dzieci z osobna. Rodzicielstwo bezwarunkowe, przepełnione akceptacją, rezygnacja z porównywania, etykietowania, nagradzania i obarczania dzieci poczuciem winy, w dużym stopniu niweluje potrzebę rywalizowania o względy. Z drugiej strony, zasoby mamy i taty: ich czas, uwaga, cierpliwość, zasoby materialne są skończone. Niewątpliwie więc, gdy dzieci jest więcej, ulegają one podziałowi. Odnajdowanie i pochylanie się nad potrzebami każdego z dzieci z osobna jest tym, co służy nie tylko jednostce, ale i wzajemnym relacjom dzieci.

W kolejnym tekście chcę przyjrzeć się temu, co dzieje się, gdy atmosfera staje się gorąca – dziecięcym bójkom. W nim także będzie więcej o tym, jak opiekować kłócące się dzieci, kiedy interweniować i jakie działania podjąć, by je wspierać. Stay tuned.

Pozostańmy w kontakcie! Zostaw swoje imię i adres e-mail, a zapiszę Cię na mój newsletter. Dzięki temu dowiesz się o nowych wpisach na blogu i innych wydarzeniach.